"Podszedł do mnie kapitan, nie wiem, czy on był z Wehrmachtu czy z SS, to już nie pamiętam, wiem, że był postrachem w obozie. Tylko, że w obozie jeńców nie wolno było nas bić. To była jedyna rzecz ważna. Na każdej pryczy było nazwisko i numer jeniecki. On podszedł do mojej pryczy i mówi: Fräulein Kraft, Sie sind Deutsche. „Panna Kraft, pani jest Niemką.” Że niemieckie nazwisko. A ja do niego powiedziałam: Deutsche Name, polnische Seele. „Niemieckie nazwisko, polska dusza.” On zrobił w tył zwrot i odszedł. Gdyby to nie był obóz jeńców, to on by mnie na miejscu zamordował. Bo tak odpowiedzieć Niemcowi, to trzeba było mieć osiemnaście lat. Dzisiaj już bym tak nie odpowiedziała. Tak to wyglądało."

Jolanta Grenet-Krafft „Sylwia”, „Jola” (1926 - 2007), łączniczka w Powstaniu Warszawskim, założycielka i prezes Koła AK w Belgii.
Jak pani zapamiętała okupację niemiecką?
Strasznie. Do dzisiejszego dnia się żegnam, jak wychodzę z domu. Jest mi trochę wstyd, bo wezmą mnie za bigotkę, ale zawsze wiadomo było, że się wychodzi, tylko nie wiadomo było, czy się wróci. Oddawałam się Bogu, ponieważ jestem wierząca, więc wielkich modłów tam nie zanosiłam do Boga, ale się żegnałam, żeby wrócić. Człowiek niczego nie był pewien.
Jakie jest pani najgorsze wspomnienie z czasów Powstania?
Najgorsze wspomnienie z czasów Powstania to było, jak byłam na pogrzebie. Żołnierze byli chowani przeważnie na skwerkach, na podwórkach. Powiadomiono mnie, że jeden z moich kolegów będzie chowany za godzinę. Poleciałam. To było na Mokotowskiej, ale już tam w stronę Placu Trzech Krzyży. Weszłam do podwórka domu, gdzie mnie wskazano. Na skwerku za domem chowali mojego znajomego. Jego matka była trzymana przez dwóch oficerów za ręce i jego matka chciała wskoczyć do grobu. Ale to nie była komedia, to była okrutna rozpacz matki, której syna chowano i ona chciała żywcem do grobu wskoczyć. Oficerowie trzymali ją za ramiona, żeby ona nie zrobiła tego. Tego nigdy nie zapomnę. [...]
Proszę powiedzieć, jakie jest najlepsze pani wspomnienie z czasów Powstania?
Chyba miałam uratowane życie, dlatego, że w pewnym momencie zabrakło nam bandaży w szpitalach na Śniadeckich. Trzeba było pójść po prześcieradła. Ponieważ wyszłam z domu, który był nietknięty i wszystkie cenne rzeczy były do piwnic złożone – obrazy, garderoba, srebra i prześcieradła też, porcelana. Chciałam pójść po kilka prześcieradeł, żeby były bandaże. A to niedaleko ze Śniadeckich na Mokotowską. Jak poleciałam, to usłyszałam niemieckie głosy, bo to były już oddziały, które podpalały po Powstaniu domy, które nie były spalone. Już obeszłam się bez prześcieradeł, zrobiłam w tył zwrot, bo wtedy i by mnie zgwałcili i by mnie zabili. I nie miałabym prześcieradeł. To chyba jest najlepsze wspomnienie, że się uratowałam. W ogóle w życiu to jest chyba przeznaczenie, w które nie wolno wierzyć. (2005)
http://ahm.1944.pl/Jolanta_Grenet-Krafft




Komentarze
Pokaż komentarze (2)