... w usprawiedliwianiu siebie i swoich zachowań
Przyjmijmy, że ktoś jest posiadaczem wyjątkowych zdolności intelektualnych, w dodatku ma silną osobowość oraz otrzymuje od rodziców odpowiednie wychowanie. Dodajmy, że zostaje wybitnym naukowcem oraz to, że na końcu wspaniałej kariery pojawia się wynalezienie leku na śmiertelną chorobę, jakiej każdego roku ulegają tysiące osób. W efekcie ten wybitny naukowiec ratuje życie wielu ludziom. Jak go ocenimy jako człowieka? Zapewne uznamy, że jest kimś zupełnie wyjątkowym.
I, bez wątpienia, jest wyjątkowy. Ale chyba tylko w pewnym wymiarze: intelektu, ambicji, pracowitości i wiedzy. A czy jest dobrym, uczciwym i szlachetnym człowiekiem? Część osób, skupiona na skutkach jego pracy, bez cienia wątpliwości odpowie: Oczywiście, że tak. Zapewne on też tak o sobie myśli. Ja jednak uważam, że nic o tym nie wiemy.
Prawdopodobna motywacja
Nie ma znaczenia, że pośrednio uratował i uratuje życie wielu tysiącom ludzi, bo nie wiadomo, co najsilniej motywowało go w jego pracy i wysiłku. To samo dotyczy osoby sławnej na przykład z tego, że poświęciła życie (zazwyczaj nie tylko swoje) dla dobra innych: pomagając setkom ludzi będących w potrzebie. Czy takie „poświęcenie się” jest przejawem wyjątkowej dobroci danej osoby czy może wynika z potrzeby uznania? Nic nie wiem o tym pierwszym, natomiast wpływu, przynajmniej znaczącego, tego drugiego jestem pewien.
Sławny uczony, uznany autorytet moralny i – na przykład – największy bandyta w naszym mieście wydają się ludźmi ulepionymi z innej gliny. Czyste dobro, a obok czyste zło.
Jednak możemy być w błędzie. Podłoże wszystkich „karier” ma prawdopodobnie wspólny mianownik: właśnie potrzebę uznania. W dużej mierze to przypadek sprawił, że największy bandyta nie otrzymał właściwego wychowania, właściwych wzorców postępowania. A dodatkowo spotkał na swojej drodze niewłaściwych ludzi. Ale miał w sobie wyjątkowo silną potrzebę „błyśnięcia” w odpowiednio licznym „towarzystwie”. Motywowany tą potrzebą poszukiwał dziedziny, w której mógłby zdobyć szacunek i uznanie, poszukiwał towarzystwa, w którym było możliwe „zabłyśnięcie”, lub ono samo go znalazło. Często trudno nam pojąć, jak można być tak zdeprawowanym, pozbawionym ludzkich uczuć jak bandyta, który podczas procesu nie wykazuje nawet odrobiny skruchy za popełnione zbrodnie, albo tak bezwzględnym, jak przywódca stojący na czele totalitarnego państwa, który wydawał rozkazy mordowania tysięcy ludzi i także nie poczuwa się do winy (przykładem może być postawa przywódców serbskich: Slobodana Miloszevicia i Radovana Karadżicia, oskarżonych o zbrodnie ludobójstwa przed trybunałem haskim).
Jestem głęboko przekonany, że u podłoża tych zachowań leży nie moralność lub jej brak, ale zwykłe ludzkie dążenie do tego, aby zyskać, a następnie nie stracić uznania w oczach osób, które są dla danej osoby najważniejsze: społeczeństwa, współwyznawców, obywateli danego kraju, członków środowiska przestępczego lub członków danej partii politycznej.
Poświęcenie się dla…
Podziwiamy ludzi za to, że „poświęcili życie” dla nauki, dla sztuki, dla ojczyzny, osiągając spektakularny sukces. Według mnie należy rozgraniczać skutki i przyczyny. Człowiek o wybitnych osiągnięciach raczej nie siebie poświęcił – co najwyżej szczęście i pomyślność najbliższych, którzy jako jedyni ponoszą całość kosztów „poświęcenia”, nie otrzymując prawie nic w zamian (wskazują na to biografie sławnych ludzi, w których często występuje wspólny element: nieszczęście najbliższej rodziny). Wybitny w danej dziedzinie człowiek osiąga sukces przede wszystkim z chęci zaspokojenia potrzeby uznania. Jeżeli nawet coś w życiu stracił, coś poświęcił – w myśl zasady, że nie ma nic za darmo – to i tak ta strata jest niewspółmiernie mała w stosunku do przyjemności, jaka wynika ze świadomości „bycia na samym szczycie”. Miał to szczęście, podobnie jak wszyscy inni (ci, którzy skorzystają z jego sukcesu), że akurat mógł się zrealizować w danej dziedzinie: medycynie, działalności charytatywnej, sztuce, sporcie itd.
Co jeszcze mają ze sobą wspólnego sławny, podziwiany człowiek i znany w środowisku bandyta? Wyjątkową ambicję, najczęściej wpojoną przez rodziców w formie słów słyszanych od najwcześniejszego dzieciństwa: Synu (córko), jesteś lepszy(a) od innych, a możesz, wręcz powinieneś(naś) być najlepszy(a). Taka chorobliwa ambicja (zniewalająca człowieka) w powiązaniu z potrzebą zdobycia uznania w oczach możliwie dużej grupy społecznej po prostu potrzebuje jakiejś realizacji. To może być dziedzina nauki, siła, przemoc czy pieniądze. Forma tej realizacji ma do pewnego stopnia znaczenie wtórne; najważniejsza jest rozbudzona (do wyjątkowych rozmiarów) przez rodziców potrzeba, która musi zostać zaspokojona. Dość często jest to kwestia przypadku, chociaż my, jako osoby postronne, tylko na tym się koncentrujemy, oceniając daną osobę: mniemamy, że wybór był w pełni świadomy, że jego podłożem jest wyjątkowa dobroć danego człowieka lub wyjątkowość „sama w sobie”, a gdy stoi na drugim biegunie naszej skali wartości – wyjątkowe zło, wyjątkowe zdeprawowanie.
Potrzeba akceptacji, potrzeba zrozumienia
A jak sobie radzimy z potrzebami, gdy nie mamy tak dużych ambicji i talentu, aby móc się wyróżnić z tłumu, by wręcz stanąć na jego szczycie? Wtedy potrzeba uznania przybiera inną postać: potrzeby akceptacji, potrzeby zrozumienia. To przede wszystkim z potrzeby akceptacji stajemy się członkami danej grupy – tej, która zaakceptuje nasz sposób postępowania, podzieli nasze oceny, dobrze oceni nas samych: Jestem naukowcem, a więc zależy mi głównie na opinii i akceptacji środowiska naukowców. Jestem Polakiem, a więc zależy mi na opinii i akceptacji mojego postępowania przez rodaków. Jestem szyitą, a więc tylko środowisko szyitów mnie interesuje. Tak samo z Żydami, katolikami, protestantami i tak dalej.
Nasza przynależność do danej grupy – tłumaczona potrzebą akceptacji – powoduje, że zachowujemy się w sposób trudny do zrozumienia dla członków innych grup. Dziwimy się temu, jak niektórzy muzułmanie mogą wierzyć w to, że na samobójcę muzułmanina ginącego w walce z niewiernymi czeka nagroda – raj pełen hurys (dziewic). Muzułmanie zapewne nie pojmują laickiego trybu życia sporej części chrześcijan – osób deklarujących się jako głęboko wierzące w Boga i w życie wieczne, a jednocześnie tak dalece rozmijających się w codziennym postępowaniu z tym, czego wiara od nich wymaga.
Która strona ma rację?
Nasze postępowanie, nasze opinie nie są tak naprawdę nasze – z wolnego wyboru, ale są w dużym stopniu podporządkowane opinii ściśle określonej grupy osób: naukowców, gdy jestem naukowcem, katolików, gdy jestem katolikiem, Polaków, gdy czuję się Polakiem. A co z ocenami, punktem widzenia osób spoza „naszej paczki”? Mają znaczenie pomniejsze lub nawet nie liczą się wcale. Gdy dochodzi do sytuacji, w której musimy opowiedzieć się za możliwością A – która będzie oceniana pozytywnie przez „nasze” środowisko, a negatywnie przez grupę „obcą”, lub możliwością B – której oceny byłyby przeciwne, prawie zawsze skierujemy się w stronę pierwszej z nich.
Oczywiście w tym miejscu rodzą się pytania: Która strona ma rację? Gdzie leży prawda? Czy racja jest po stronie katolików, czy może protestantów? Czy rację mają ateiści, czy może teiści? Czy bliżsi prawdy są Polacy, czy Niemcy?
No właśnie.
Ktoś musi mieć rację. Kto? Jedno jest pewne: będąc członkiem danej grupy – utożsamiając się z nią, musisz mieć przekonanie, że słuszność jest po twojej stronie, po stronie „twojej paczki”. Musisz w to wierzyć. A nawet musisz być tego pewny. W przeciwnym razie czułbyś się źle z samym sobą, a poza tym zostałbyś szybko wykluczony ze „swojej paczki” – potępiony, wyśmiany, odrzucony. Nasza potrzeba akceptacji pozostawałaby niezaspokojona. W takiej sytuacji osoba wykluczona z danego środowiska (co się zdarza, ale bardzo rzadko) musi szybko znaleźć inną grupę, inne osoby, które zaakceptują jej podejście, jej nowy punkt widzenia – być może właśnie te, z którymi dotychczas się nie zgadzała, a których opinię przyjęła jako bliższą prawdy.
Konformizm
Potrzeba akceptacji i zrozumienia powoduje, że do pewnych granic (czasami nawet bezgranicznie) jesteśmy zniewoleni. Przestajemy być wolni w swoich wyborach i tracimy możliwość obiektywnej oceny sytuacji.
Omawiana potrzeba jest powiązana wprost z drugą bardzo silną potrzebą: posiadania (zachowania) dobrego samopoczucia, wynikającego z wysokiej samooceny. Bronimy swoich wyborów, swoich opinii, znajdujemy uzasadnienie dla własnej postawy – tej, którą reprezentują członkowie grupy społecznej, na której nam najbardziej zależy, nie tylko ze względu na potrzebę akceptacji (uznania), ale także z o wiele bardziej prozaicznego powodu: chcemy czuć się dobrze z sobą samym, z wybranym sposobem życia, z własnym światopoglądem. Dla wielu z nas jest niemożliwe opowiedzenie się po drugiej stronie z tej prostej przyczyny, że konsekwencje dla nas byłyby zbyt bolesne. Strach przed tymi konsekwencjami stanowi ogromną emocjonalną barierę i czyni większość ludzi konformistami.
Potrzeba trafności spostrzeżeń
Potrzeba akceptacji (uznania w oczach innych), a także potrzeba wysokiej samooceny (dobrego samopoczucia) wzajemnie się wzmacniają. Każdy człowiek jest pod ich wpływem, a różnice polegają jedynie w skali (sile) naszego uzależnienia.
Dodatkową naszą potrzebą jest potrzeba trafności spostrzeżeń. Chodzi o zwykłą, zrozumiałą chęć posiadania racji. Chcemy mieć przekonanie, że słuszność jest po naszej stronie, po stronie „naszej paczki”.
Jak wiemy, każdy kij ma dwa końce. Ważna jest odpowiedź na pytanie:
Jak wygląda nasz kij i za który koniec go chwytamy?
Jednym razem podnoszony przez nas kij jest takiej samej grubości na obu końcach: jest tyle samo czynników przemawiających za dokonanym wyborem, co za wyborem przeciwnym. W innej sytuacji kij – symbol danej kwestii (światopoglądu, przynależności do określonej grupy społecznej, wyznawanych wartości, wyznania, sposobu postępowania) obrazujący alternatywne wybory – przypomina kij bejsbolowy lub maczugę. Potrzeby uznania (akceptacji) oraz dobrego samopoczucia powodują, że w dążeniu do zaspokojenia potrzeby trafności wyboru nie oceniamy wszystkich możliwych aspektów, nie zależy nam na pełnej obiektywności (na prawdzie), ale skupiamy się na kwestiach potwierdzających słuszność wcześniej dokonanego wyboru: na trzymanym końcu kija.
Zniekształcamy obraz rzeczywistości
Elliot Aronson, w książce Człowiek istota społeczna ładnie to opisał: „Mając do wyboru zniekształcony obraz świata, który pozwala na dobre mniemanie o sobie, i trafne przedstawienie świata, często decydujemy się na tę pierwszą możliwość”, a w innym miejscu: „nie przetwarzamy informacji w sposób bezstronny, lecz zniekształcamy ją tak, by pasowała do naszych wcześniej uformowanych poglądów”


Komentarze
Pokaż komentarze (1)