W tej notce chcę przypomnieć przełom maja i czerwca, kiedy Kaczorowi rosło aż miło, drżenie łydek spanikowanej partii rządzącej widać było aż z Księżyca, gościnne studia zaprzyjaźnionych telewizji przekształciwy się niemalże w platformiany sztab wyborczy, a poseł z Lublina od ponad miesiąca siedział cichutko jak trusia i wydawało się, że to już jego polityczny pogrzeb. Aby oddać nastrój tamtych chwil potrzebne jest pióro wielkiego pisarza, sięgnąłem zatem po Henryka Sienkiewicza; mam nadzieję, ze inni wielbiciele jego talentu mi to wybaczą.
Wszyscy to znają i mają na półce - "Pan Wołodyjowski", rozdział LVI, końcówka.
... Wszystkie dzwony biły na alarm w Zaprzyjaźnionej Telewizji. Studio zapełnione było tłumem dziennikarzy i działaczy, którzy ostatni raz chcieli wspomnieć postać Hektora Biłgorajskiego i pierwszego Rzeczypospolitej polityka. Szeptano, że sam Premier ma na obrady przyjechać, że jednak nie było go dotąd widać, a lada chwila mogły nadejść czambułem oszołomy, przeto postanowiono nie odkładać narady.
Starzy wyjadacze, przyjaciele lub podkomendni zamilkłego, stanęli wieńcem wokół mównicy. Byli między innymi obecni: pan Muszkowski, entomolog, i pan Budoruski, i pan Nitrko, i pan Bartosz, profesor, i pan Watahodożyniec, i pan Nowakwiejski, i wielu innych, dawnych oficerów z WSI. Dziwnym trafem nie brakło prawie nikogo z tych, którzy niegdyś, po polowaniu, zasiadali wieczorami ławy przy ognisku w Ruskiej Budzie: wszyscy wynieśli cało głowy z tej wojny polsko-polskiej, tylko ów, który im był wodzem i wzorem, ów mąż dobry i sprawiedliwy z sercem gołębia, szermierz nad szermierze na słowa - zniknął gdzieś w ciszy wielkiej, ale i chwale niezmiernej.
Zatwardziałe przez wojnę serca kruszyły się z żalu na ową myśl; żółte błyski od reflektorów oświecały srogie, strapione twarze bojowników o władzę i odbijały się błyszczącymi skrami we łzach płynących z oczu. W środku poselskiego koła leżała krzyżem na podłodze Julka, a obok niej stary, zniedołężniały i trzęsący się pan reżyser Śląski. Ona przyszła tu piechotą z Mokotowa, bo się jej samochód spalił, przez całą drogę idąc nieprzytomna, jakby nie do tego świata należąca - i teraz powtarzała bezświadomymi usty: "Nic to!" - powtarzała, bo tak jej kazał ten człek ukochany, bo to były ostatnie słowa, które jej sms-em przesłał; ale w tym powtarzaniu i w tych wyrazach były tylko dźwięki bez treści, bez prawdy, bez znaczenia i otuchy. Nie "nic to" było - jeno żal, ciemność, rozpacz, martwota, jeno nieszczęście niepowrotne, jeno życie przybite i złamane, jeno błędna świadomość, że już nie ma nad nią ni miłosierdzia, ni nadziei, a jest tylko pustka i będzie pustka.
Dzwony biły na trwogę; u stołu trwała burza mózgów. Czasem zabrzmiał wysoki, jakby z otchłani wołający głos redaktora Pleciugowa: "Requiescat in pace!"; wtedy drgania febryczne wstrząsały Julką, a w nieprzytomnej głowie rwała się tylko jedna myśl: "Już, już go nie usłyszę!..."
Lecz nie był to jeszcze koniec ceremonii. Towarzystwo przygotowało liczne mowy, które miały być wypowiedziane przy opracowywaniu nowych założeń kampanii, tymczasem zaś wyszedł na mównicę reżyser Oscarowy, ten sam, który w "Kropce..." często przesiadywał i który w czasie wścieklizny Monisi jak umiał ją wspierał.
W sztabie poczęli ludzie chrząkać i kasłać, jako zwykle przed kazaniem, po czym ucichli i wszystkie oczy zwróciły się na mównicę.
Wtem z mównicy ozwało się warczenie.
Zdumieli się słuchacze. Reżyser warczał, jakoby bił w bęben, jakby na trwogę; nagle urwał i nastała cisza śmiertelna. Po czym warczenie ozwało się po raz drugi, trzeci: nagle reżyser Oscarowy cisnął mikrofon na podłogę studia, podniósł obie ręce w górę i zawołał:
- Panie polityku Biłgorajski!
Odpowiedział mu krzyk spazmatyczny Julki. W sztabie uczyniło się po prostu straszno. Pan Śląski podniósł się i na współkę z panem Muszkowskim wynieśli omdlałą niewiastę z pomieszczenia.
Tymczasem reżyser wołał dalej:
- Dla Boga, panie Biłgorajski! Larum grają! Wojna polsko-polska! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz? Gadżetów nie chwytasz? Na Kaczora nie wsiadasz? Jak po łysej łysej kobyle na nim nie jeździsz? Co się stało z tobą, towarzyszu? Zaliś swej dawnej przepomniał psoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?
Wezbrały poselskie piersi i płacz powszechny zerwał się w studio, i zrywał się jeszcze kilkakrotnie, gdy reżyser cnotę, miłość ojczyzny i męstwo zamilkłego wysławiał, a i artystę porwały własne słowa. Twarz mu pobladła, czoło okryło się potem, głos drżał. Uniósł go żal nad nieobecnym od miesiąca politykiem, żal nad Pałacem prawie już straconem, żal nad zgnębioną rękoma wyznawców krzyża Rzecząpospolitą, i taką wreszcie kończył swoją mowę modlitwą:
- Hipermarkety, o Panie Premierze, zmienią na kościoły i godzinki śpiewać będą tam, gdzieśmy dotychczas chwałę Unii śpiewali. Pogrążyłeś nas, Panie Premierze, odwróciłeś od nas oblicze swoje i w moc sprosnemu Kaczorowi nas podałeś. Kto teraz opór mu stawi? Jakie gardła na wiecach wojować go będą? Ty, dla którego nic nie jest w polityce zakryte, ty wiesz najlepiej, że nie masz nad naszego harcownika! Kto, Panie Premierze, tak skoczy, jako on do oczów skoczyć potrafi? Takichże obrońców się pozbywasz, za których plecami całe społeczeństwo mogło wysławiać imię twoje? Nie opuszczaj nas! Okaż miłosierdzie twoje! Ześlij nam obrońcę, ześlij sprosnego Jarosława pogromcę, niech tu przyjdzie, niech stanie między nami, niech podniesie upadłe serca nasze, ześlij go nam, Panie Premierze!...
W tej chwili rum się uczynił przy drzwiach i do studia wszedł pan na Biłgoraju. Oczy wszystkich zwróciły się na niego, dreszcz jakiś wstrząsnął ludźmi, a on szedł z brzękiem gadżetów ku mównicy, wspaniały, z twarzą rzymskiego cezara, ogromny...
Zastęp dziennikarskiego pałkarstwa szedł za nim.
- Salvator! - krzyknął w proroczym uniesieniu reżyser.
A Biłgorajczyk stanął przy pulpicie i począł plwać na trumny.



Komentarze
Pokaż komentarze (36)