Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak
361
BLOG

Jak pech to pech

Marcin Kacprzak Marcin Kacprzak Rozmaitości Obserwuj notkę 12

 

Nie mogłem sobie odmówić napisania lżejszej notki 13 w piątek. Co prawda co mi tam trzynastego piątek, wszak urodziłem się 13 w piątek i jakoś żyję – ale tradycja to przecież tradycja, nie?

Postanowiłem dziś wieczorem napisać notkę o największym swoim pechu w życiu, bądź o największej sekwencji pechowych sytuacji jakie mnie kiedykolwiek spotkały. Wiedziałem że będzie trudno, bo ja pomimo mojej daty urodzenia zwykle miałem...cholerne szczęście:) Często w sytuacjach wydawałoby się bez wyjścia, w sukurs przychodził mi najprawdziwszy i najbardziej szlachetny fart jaki można sobie wyobrazić. Więcej szczęścia niż rozumu – tak moja mama kwituje tego typu moje sytuacje życiowe. Nie mogę się z macierzą w tym wypadku nie zgodzić. Kiedy czekałem dziś na pociąg chcąc powrócić do domu, stwierdziłem że w drodze pogłówkuję nad tym pechem jednak i spróbuję choćby jakiś konspekt naszkicować. Przyjechał pociąg, wsiadłem i..

Gdzie może nas spotkać pech? W miejscach w których się go najmniej spodziewamy. Ja uwielbiam jeździć pociągiem. Więc tam mnie zaatakował.

Najpierw przy biletomacie. Uprzedził mnie przy nim jakiś młody szczaw, który nie mógł sobie z nim poradzić. Coś tam naciskał, coś zmieniał, a efekt żaden. Poza moim rosnącym zniecierpliwieniem, które szczawik musiał w końcu wyczuć bo postanowił się mi nie wiedzieć czemu usprawiedliwić. „Przepraszam, ale ciągle coś źle naciskam” rzekł do mnie. „Spokojnie kolego” odparłem, choć powiedziałem to bardziej do siebie niż do niego. Widziałem bowiem kątem oka że wolnych miejsc ubywa, a ja tu stoję i czekam nie wiadomo na co, na jakieś zbawienie chyba. W końcu młody się uporał, jeszcze raz przeprosił i odszedł. Stanąłem przed biletomatem i sięgnąłem po portfel. Gdy znów na niego spojrzałem zobaczyłem napis: „biletomat nieczynny”.

Po tym jak przeszedłem cały pociąg do następnego biletomatu i kupiłem tam wreszcie bilet, ruszyłem znów w drogę powrotną w beznadziejną próbę znalezienia tzw. „czwórki bez sternika”, jak nazywał mój kolega cztery wolne miejsca. Snułem się bez większej wiary, a mijane siedzące dzieci, na widok mojej miny tuliły się do mam. Nagle, jest! Czwórka bez sternika. Cud. Szybko wcisnąłem się przy oknie, dobyłem notatnik i wyjąłem długopis. Pociąg zatrzymał się na jednej ze stacji. Kątem oka zobaczyłem trzy postacie na peronie. Od chwili kiedy je zobaczyłem wiedziałem już dobrze, że to moi przyszli oprawcy. A w zasadzie oprawczynie. Nie pomyliłem się.

Nie minęło chwil kilka, a już mnie odnalazły. Wyczuły bezbłędnie że tu właśnie gdzie ja siedzę, są jedyne trzy wolne miejsca w całym pociągu. Krótka charakterystyka oprawczyń. Wiek: około fefnastu, siedemnastu. Wszystkie trzy nie do odróżnienia. Włosy upięte w coś na kształt antenki na czubku głowy, na szyi gigantyczne szalo-chusty, na zgiętych rączkach uwieszone torby wielkości ich samych, na nogach trampki pomazane długopisem. Wszystkie trzy postanowiły również rywalizować na polu – „ zgadnij która z nas jest bardziej niezgrabna i która z nas lepiej to podkreśla”. Na nogach miały coś w rodzaju dżinsów, które wisiały im w kroku, a na wysokości kostek zwężały się tak że aż im oczy wychodziły z orbit. Wszystkie trzy splątane w jeden organizm za pomocą wspólnej mp3jki.

Nie certoliły się zbyt długo i z miejsca szybkim blitzkriegiem rozpirzyły mój święty spokój w drebiezgi. Każda ze słuchawką w uchu, więc musiały mówić do siebie bardzo głośno. Efekty specjalne w postaci gromkich strzałów z gumy do żucia też były, a jakże. „Kaśka, ja j..bie, miałam zadzwonić do Kamili że będziemy w Złotych!” - oznajmiła jedna całemu pociągowi. [Strzał z gumy do żucia]. „Ku....wa Karolina przecież Ci pisałam na fejsie że Damian ma tam być, jeb....nieta jesteś?”.[Strzał z gumy do żucia]. „Lovjuajlovjuubejbeeolrajtnał” - to jedna z nich zaczęła podśpiewywać do muzyki ze słuchawki i giąć się jakby była w densklubie. Dwie pozostałe zaśmiewały się z tego na cały pociąg. Ja byłem jedynie elementem powietrza i najprawdopodobniej jedyną przeszkodą do wyciagnięcia nóg na siedzisku. Chciałem się więc szybko ratować z tego Hadesu. Drogi ucieczki nie było, więc postanowiłem założyć słuchawki żeby choć trochę się odciąć. Sięgnąłem do kieszeni..No tak.. Zostawiłem odtwarzacz w pracy. Pociekła mi łza bezsilności i rozpaczy - przynajmniej w głebi mej skołatanej duszy.

Wkrótce stało się to czego bałem się najbardziej. Postanowiły nie męczyć się dłużej na słuchawkach, tylko jechać wprost z komóry. Wkrótce przestrzeń wypełniły przesterowane głośniczkiem komórki jakieś densbity, które wprawiły mój błędnik w stan kompletnego wrzenia. Robiłem się na przemian to blady, to czerwony. Trzeba było jednak walczyć.

„Możecie to wyłączyć?” zapytałem najłagodniej jak umiałem. Spojrzały się na siebie i wybuchły takim śmiechem jakby zobaczyły nowy demotywator. Nie pamiętam jak się znalazłem na drugim końcu pociągu. Miałem bowiem dwa wyjścia – albo zadusić je kablem od ich mp3jki, albo siedzieć gdzie siedzę – pola do negocjacji nie było żadnego. Odtrąbiłem więc ten haniebny odwrót.

Resztę drogi spędziłem wciśnięty w okno przez trzech wielkich robotników wracających z budowy, wśród odrętwiającego smrodu spalonych przez nich ton fajek i taniego dezodorantu. Przeczytałem wraz z nimi cały „Fakt”, i aż mnie korciło w pewnym momencie żeby dołączyć się do żywego komentowania mijanych przez okno „samic”. Niestety musiałem wysiadać. Jak pech to pech. Nagrodą było świeże powietrze i cisza.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Rozmaitości