62 obserwujących
873 notki
1185k odsłon
  2419   0

Niedobrze. Trener – amator znowu wygrał ważny mecz.

Na razie brak nam jeszcze odpowiedniego dystansu, dopiero zajakieś trzydzieści lat ktoś przytomny zacznie badać sprawę podwójnej popularności Adama Nawałki. Wtedy znów zapewne tkwić będziemy gdzieś w rejony piłkarskiej żulerii, a filmiki z meczów kadry Lewandowskiego będą bardziej popularne od jakiegoś popapraństwa jakie tam wtedy będzie królowało. No i nie ma dwóch zdań – ów ktoś kto na sertio będzie zajmował się analizą wszystkiego co towarzyszyło otoczce drużyny narodowej z „tamtych lat”, będzie też musiał się zmierzyć z tą czarną legendą pisaną przez trenera Nawałkę, a właściwie to tworzoną przez oderwanych od rzeczywistości jego zaprzysięgłych krytyków, których na szczęście jedynym narzędziem było pisanie idiotyzmów w sieci.

Czy oni, tam w tym „hen, hej, daleko” zrozumieją coś z tego? Znów ktoś napisze o typowo polskiej małostkowości i chęci przysrania temu, komu coś wychodzi i uzna, że na tym należy sprawę zamknąć. Albo dla dobra społeczeństwa i troski o ich dusze, w ogóle ten temat przemilczy. Co ciekawe – piszę to w nadziei, że ktoś to za te trzydzieści lat przeczyta i dzięki temu byc może uda mu się zrozumieć ten dziwny mechanizm – nie spotkałem żadnego z tych nieznośnych ludzi w realu. Widze ich tylko w internecie.

Tymczasem jesteśmy tu i teraz. Ten amatorski trenerzyna, który zdaniem naszych niewyżytych ekspertów pochowanych za laptopami, nie wie kiedy robić zmiany, i nie rozumie na której pozycji powinien grać dany piłkarz, wygrał kolejny mecz, zdaje się że tysiąc osiemdziesiąty ósmy. I to mecz nie z kategorii „pierdu-pierdu”. Nie. Trenerskie „nic” miało śmiałość wygrać mecz najważniejszy z ważnych, bo śmiem twierdzić, że trudniejszego w tych elimnacjach już nie będziemy rozgrywać. Gdyby podsumować dorobek najgorszego z selekcjonerów od czasów Jagiełły, to wyjdzie nam: wygrane eliminacje do Euro 2016, pyknięcie Niemców, których dotąd, przez czarne dziesięciolecia, nawet nie udło nam się dotknąć, potem ćwierćfinał tegoż Euro 2016, tam remis z tymi samymi Niemcami, i odpadnięcie – przyznajmy, że w nienajgorszym na świecie stylu – z przyszłymi mistrzami Europy. Teraz – rozpędzona kadra zaczyna zostawiać resztę swoich rywali coraz bardziej z tyłu i tylko chyba już jakiś kaprys Putina może pozbawić ją udziału na mundialu. Przypominam tylko na marginesie, że gdyby farciarzowi-nieudacznikowi udało się tam dostać, to byłby nasz pierwszy od – uwaga, uwaga – dziesięciu lat mundial.

Piłkarska loża szyderców mogła mieć ciche nadzieje na samym początku tych eliminacji. Zdarzyło się 2:2 z Kazachstanem. Taka to ci wpadka. Już im się zrobiło cieplej na duszy, już zaczęło świecić słoneczko. Potem to chlanie na zgrupowaniu. Na serio zastanawiam się, czy oni, ci szydercy, wczoraj usiedli z dobrym drinkiem w wygodnym fotelu i czekali na porażkę, a tym samym na sygnał do ostatecznego wdeptywania w ziemię selekcjonerq gorszego niż Fornalik i Smuda razem wzięci? Nie, chyba aż tak to nie. Upewnijcie mnie na wszelki wypadek, że nie jest aż tak źle.

Czy w ich umysłach wczoraj mogło coś się odmienić? Nie sądzę. Kiedy tylko koguty zapieją znów wstaną i zasiądą do swojej ciężkiej roboty. Zacznie się narzekanie na ciężki styl gry, na wolne rozgrywanie piłki, na to, że mimo że trzy zero, to i tak wszystko, jak mawiał klasyk, dupa z majonezem. Z pomocą przyszli im zapewne trochę Rumuni, którzy umówmy się, nie zagrali wczoraj wielkiego meczu. Ten dzielny i zawzięty naród, u nas nie wiedzieć czemu służący do leczenia kompleksów nie dających się wyładować na nikim silniejszym, dorobił się chyba najsłabszej reprezentacji w swojej historii. Loża szyderców stwierdzi więc być może, że trzeba było im wbić nie trzy bramki, a przynajmniej z osiem, przy tym Lewandowski, gdybyśmy mieli normalnego trenera, powinien mieć koszykarskie dabl-dabl.

Tylko co oni zrobią z tym Grosickim, który nie bacząc na nic i na nikogo, takim samym sprintem za pomocą którego wpadł w pole karne Rumunów, pobieżył po strzelonej bramce nie do żadnego z tych opisywanych tu szeroko upierdliwych ludzi, tylko do selekcjonera Nawałki. Czy on zwariował? Gdzie on będzie biegł? Może chodzi o to, że pod ręką trenerzyny wuefu zaczął grać jak Pan Piłkarz? Bo przypomnę, że przed erą Nawałki Grosicki grał na poziomie gorszej wersji Kucharczyka.  Lewandowski? A Krychowiak? Gdzie oni wtedy byli, jako piłkarze? Czy przypadkiem ci sami ludzie nie wyżywali się na nich?

Czy to szaleństwo skończy się w momencie, gdy polska reprezentacja znajdzie się w pierwszej dziesiątce rankingu FIFA? Szczerze wątpię. To kiedy? To proste, gdy w końcu – a w życiu każdego trenera taki moment wreszcie przychodzi – rzeczywiście Nawałce powinie się noga. Mam nadzieję, że wcześniej całkiem popalą im się te durne łby. Prawdziwy as fachu trenerskiego (w opinii szyderców to zapewne ideał) czyli trener Łazarek, stwierdził niedawno, że praca trenera to coś bardzo podobnego do zamiaru ugryzienia tygrysa w dupę: przyjemność w sumie niewielka, a ryzyko duże. Ma chłop tym razem rację.

Lubię to! Skomentuj77 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale