Obama swoją decyzją o zabiciu Ossamy Bin Ladena wykreował legendę nowego męczennika, mit nowego bohatera. Zapominany pomału przez świat Bin Laden stał się ponownie gwiazdą wszystkich mediów. Wszyscy o nim mówią. A przecież już od dawna nikt o nim nie słyszał. Nie stanowił on więc już raczej żadnego poważnego zagrożenia. Dopiero dzisiaj, od chwili komunikatu Obamy, Ossama Bin Laden stał się naprawdę groźny. Groźny przez tę śmierć zdradziecko zadaną z ręki niewiernych, przez święte męczennictwo. Groźny przez nieuchronność odwetu, wielu, wielu ofiar w zamian za jego śmierć. Grożny nie tylko wobec Amerykanów, ale i wszystkich ich sojuszników, nie wyłączając Polaków.
Obama potrzebował jak powietrza czegoś spektakularnego, by wzmocnić swoją pozycję w kampanii wyborczej. Zabicie Ossamy Bin Ladena jest właśnie taką rzeczą, która z pewnością poprawi mu sondaże i przybliży szansę na drugą kadencję. Nic go nie zmuszało do podjęcia tej decyzji akurat teraz. Tylko zapotrzebowanie polityczne.
Ta wynikająca więc z czysto politycznych kalkulacji decyzja może jednak skutkować podsyceniem konfliktu, rozdmuchaniem na nowo gasnących powoli zarzewi konfliktów... I właśnie o to chodzi! Wpływowe, amerykańskie koncerny zbrojeniowe dostają znowu to, czego chciały: wojna będzie trwała, a one bedą dalej na niej zarabiać i z niej życ. Tak, jak w piosence śpiewanej przez brytyjski zespół Queen "The show must go on", tak w polityce zagranicznej USA wojna musi trwać.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)