Kierwiński, urzędnik kancelarii premiera, robił dziś kampanię Komorowskiemu w Polsat News. Urzędnik żyjący z moich podatków! Nie poseł, polityk, ale zwykły urzędnik. Zero refleksji. Nikt już nie dostrzega w tym nic rażącego: urzędnik mający służyć państwu, służy wyłącznie prywacie partyjniackiej PO.
Komorowski jeździ po Polsce. W jednym z miast przyznano oficjalnie, że w spotkaniu uczestniczyli urzędnicy i radni, oburzeni mieszkańcy na spotkanie nie zostali wpuszczeni. Za kandydatem Komorowskim jeżdżą też autokary z urzędnikami, którzy za usługę tworzenia tłumów na jego spotkaniach dostają ponoć po 400 zł premii każdy. Dyspozycyjne wobec kandydata-urzędującego prezydenta są też szkoły i nawet przedszkola. Samorządowe, prawda? A samorządowi ojcowie głównych miast przecież pierwsi pośpieszyli do wspólnego zdjęcia na otwierającej kampanię Komorowskiego akademię w Krakowie. Sam Bronkobus sztab pewnie jakoś rozliczy, ale jak rozliczy się wkład w kampanię tych wszystkich urzędników rządowych i samorządowych, przeloty samolatami i jazdy limuzynami prezydentow miast, dniówki i premie niższych rangą urzędników?
Czy PKW obliczy wkład urzędników w kampanię Komorowskiego z czasem antenowym na "reklamę" Kierwińskiego i jemu podobnych włącznie? Czy PKW włączy się również w tę akcję "wszyscy urzędnicy popierają swego prezydenta"?





Komentarze
Pokaż komentarze (5)