Dziś wszyscy będą zajmować się irlandzkim referendum, czasowymi blokadami na s24 (głupota) i ciągiem dalszym afery hazardowej. Ja znowu nie. Ale dziś, dla odmiany, będzie na poważnie.
Zmarł Marek Edelman. Nie znałam go, nie żyłam w jego czasach, nie wiem więc, dlaczego z tyłu głowy odczuwam pewnego rodzaju smutek i mam pewne przeświadczenie, że zmarł człowiek wielki. Miał 87 lat i widział więcej zła i cierpienia, niż ktokolwiek powinien, a jednak twierdził, że ludzie są ważni. Miał wiarę w to, że człowiek się jednak poprawi. Ta mutacja ludzka może będzie lepsza i może odejdzie od tej nienawiści.
Równie poruszające są słowa Hanny Krall, autorki wywiadu-rzeki z Edelmanem, pochodzące z końca "Zdążyć przed Panem Bogiem". On nie czuł strachu, dlatego był przywódcą, a potem chirurgiem. Chciał wszystkich tych, którzy się bali śmierci uspokajać, prowadzić ich przez nią. Zastanawiam się tylko co będzie, gdy to on odejdzie. Kto się wtedy zajmie naszym umieraniem?
No właśnie, kto? Dla mnie - człowieka znającego to koszmarne zło jedynie z kart książek, zdjęć i filmów - Marek Edelman był ostoją człowieczeństwa. Takich ludzi ubywa z tego świata.
I zostaje mi gorzka refleksja. Dlaczego, skoro zmarł człowiek Wielki i znaczący dla naszego państwa, godny uhonorowania, Kaczyński nie ogłosi żałoby kiedy powinien..?




Komentarze
Pokaż komentarze (16)