Ja nigdy nie trafiam w kinie na ten film, na który zarezerwowałam bilety. Nigdy. I zazwyczaj wychodzi mi to na dobre.
Chciałyśmy wraz ze Smoczycą (czyli moją matką) iść na Przerwane objęcia. Jednak to zdecydowanie nie był wieczór na Almodovara, choć od Vicky Christina Barcelona obie wielbimy Penelope Cruz. Koniec końców trafiłyśmy na Bękarty wojny, czyli nowe genialne dziecko Tarantino.
Trochę bałyśmy się bezmyślnej siekaniny, którą od czasu do czasu charakteryzują się filmy tego pana.W sumie fakt, Bękarty są cholernie brutalne (o ile nie ruszyła mnie scena skalpowania, to wycinanie swastyki na czole było...brrr). Czarny, inteligentny humor Tarantino zrównoważył krew unoszącą się w postaci czerwonej mgiełki, czy też ściekającą ze ściany.
No właśnie, największą zaletą tego filmu jest to, że debil go nie zrozumie. Nawiązanie do Ojca chrzestnego - bezcenne, podobnie jak reakcje widowni na gagi zastosowane przez realizatorów. Przy kultowym już (!) dialogu z użyciem języka włoskiego, pół sali ryczało ze śmiechu (drugie pół chichotało w szaliczki). Końcówka rozbawiła absolutnie wszystkich.
Drugą rzeczą, jakiej się bałyśmy, był happy end. Na szczęście, jak to u Tarantino bywa, zakończenie było słodko-gorzkie, pozbawione lukru i odarte ze wszystkich zagrażających fabule wątków romansowych (świetna scena z twarzą Shosanny rzucaną na kłęby dymu). Było humorystycznie, było przejmująco, było gorzko. I było to głębokie przesłanie, że czasem trzeba zrobić coś bardzo złego w imię wielkiego dobra.
Swoim zwyczajem, jeszcze przed seansem, zawędrowałyśmy do ulubionego, kafejkowego empiku. To by oczywiście było święto, gdybym wyszła stamtąd bez jakiejś książki... Tym razem padło na jednego z moich ulubionych autorów, historyka i fantastę, Adama Przechrztę i jego nowe dziełko, czyli Wilczy Legion.
Książkę mogę z czystym sumieniem polecić, podobnie jak większość utworów wydawanych przez Fabrykę Słów. Legion co prawda nie zachwycił mnie tak, jak dwie poprzednie antyhistorie Przechrzty, jednak sposób konstrukcji bohatera i niezwykle lekka, dynamiczna narracja robią z tej książki małe arcydzieło.
Chciałam jeszcze napisać o moim ostatnim muzycznym odkryciu, Alexandrze Rybaku i jego magicznym delfinie (tak, tak! W dodatku gadającym i pływającym nad światem...), ale to może następnym razem.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)