Odchodząc zupełnie od salonowo-politycznych przepychanek (dla odmiany zachowam się jak dama i przemilczę kilka komentarzy, jakie przeczytałam od wczoraj!), wracam znów do muzyki. Tym razem tej bliskiej mi z racji gustu i miejsca zamieszkania.
Szanciarstwo jest w tym kraju traktowane dość po macoszemu. Mamy cały jeden duży festiwal (w Krakowie!!!), zaś nawet na żeglarskich imprezach (takich, jak np. finał Tall Ships' Racers sprzed dwóch lat czy coroczne Dni Morza) sceny szantowe dostają nagorsze lokacje. Poza sezonem wakacyjnym, w Szczecinie są tylko dwa miejsca, w których od czasu do czasu można posłuchać szant na koncertach.
Innymi słowy, istnieje swego rodzaju podziemie szanciarskie. Znów odniosę się do mojego ukochanego miasta: niektórzy szczecinianie wiedzą, w jakich knajpach spotykają się studenci z WSM (przepraszam: z obecnej Akademii Morskiej), a gdzie stare morskie wygi.
Okazją do spotkań obu środowisk są koncerty. Nie powiem, bardzo sympatyczne, bo stosunkowo kameralne imprezy, zaś ludzie morza zazwyczaj są dość otwarci i sympatyczni. Sama chętnie na takie kocerty chodzę i regularnie zdzieram sobie gardło, ale problem mój jest taki, że ciężko jest z kupnem płyt.
W małym sklepiku muzycznym widziałam może jeden album Ryczących Dwudziestek (strasznie sympatyczne chłopaki), w dużych sklepach typu empik można sobie tylko pomarzyć. Od czasu do czasu w dziale "muzyka etniczna" (pfff!) pojawia się jakieś the best of. A szkoda, bo jak już mam wspierać finansowo jakiś zespół, to wolę kogoś, kogo znam.
I znów wrócę wspomnieniami pod scenę szantową z Tall Ships' Races, już trochę odbiegając od muzyki. Jest jedna rzecz, którą absolutnie kocham w środowiskach morskich: miłość do wielkiej wody łamie wszystkie ograniczenia. Jeśli ktoś w 2007 roku był w Szczecinie (2.5 miliona ludzi przewinęło się w pięć dni imprezy), mógł zobaczyć między innymi statek przystosowany w całości do ludzi niepełnosprawnych. Ciężko mi też zapomnieć przyuważoną scenę: chłopcy z Cuathemoca zeszli, żeby (przeciskając się przez gigantyczną kolejkę) wnieść na pokład niepełnosprawne dziecko. A potem, mimo bariery językowej, oprowadzili chłopca po statku, przekazując go sobie z rąk do rąk (dosłownie, bo nie mogli na pokład wnieść wózka, nie zrozumiałam dlaczego).
W ogóle bardzo dobrze wspominam regaty, na których zaskakująco niewiele było wypadków i wpadek, a bardzo wiele takich drobnych, podnoszących na duchu zdarzeń. I już pominę nawet gigantycznego kaca, z jakim Meksykanie z Cauthemoca i Rosjanie z Kruzenshterna i Shtandarta (nota bene wejść na ten statek można było tylko po wrzuceniu datków dla chorego synka jednego z marynarzy) przyjmowali gości pod koniec imprezy (ci pierwsi mieli pokład otwarty przez okrągłe cztery doby). Może kac był tak wielki, że te trzy żaglowce stały koło siebie...
Miło było nawet wyściskać się z szanciarzami ze Starych Dzwonów i Yank Shippers. Ech, powspominałam... To przez tę jesień. I Shenandoah.




Komentarze
Pokaż komentarze (11)