Gdzieś przy okazji jakiejś ankiety zapytano mnie o mojego bohatera życia codziennego. Pytanie niby trudne, ale i tak nie musiałam się za długo zastanawiać - matka.
Cofnijmy się 17 lat. Świeżo upieczona nauczycielka polskiego, kończąca właśnie swój pierwszy rok pracy, traci męza i zostaje sama na świecie z zaledwie półtorarocznym dzieckiem. Teraz, kiedy (niechętnie) sięga pamięcią wstecz, przyznaje, że gdyby nie pomoc rodziny, to nigdy by sobie nie poradziła. Kraj który ledwo co stał się demokratycznym, przeżywa szok ekonomiczny. Pensja leci w dół i matka po raz pierwszy pluje sobie w brodę, że uczy w podstawówce.
Byłam pechowym dzieckiem: dwanaście angin w roku, zdiagnozowana bardzo późno lamblia, ciągła anemia i zachwiany układ immunologiczny. Jak sobie pomyślę, ile razy ta dzielna kobieta czuwała nade mną do późna w noc, wiedząc, że rano musi iść do pracy...
Choroba to koszty, a z pieniędzmi nigdy nie było najlepiej. Nie wiem, jakby było, gdyby nie mieszkająca z nami babcia, wdowa po wojskowym. I gdyby nie dziadkowie z drugiej strony, u których nieraz spędzałam czas od maja aż do października. Tak czy inaczej, matka musiała wiązać koniec z końcem i szczęśliwie jakoś jej się udawało.
Podobno samotne matki wychowują samodzielne dzieci. To chyba prawda, bo moja rodzicielka jest zarazem moją przyjaciółką.Patrząc po ludziach z mojego rocznika: ewenement! To czasem utrudnia życie, ale dobrze wrócić wieczorem do domu ze świadomością, że ktoś zaparzy herbatę i zapyta się, jak było.
Myślę, że moja matka o wiele bardziej zasługuje na miano bohaterki, niż jakiś polityk/agent, który wykrył aferę, korupcję, przekręt czy inną machlojkę, a teraz pragnie pławienia się w nimbie obrońcy moralności.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)