Co rok to samo.
Budzę się minutę przed budzikiem, podciągam żaluzje i klnę na głos, bo nie mam pojęcia, gdzie jest zimowa kurtka, że o zimowych butach nie wspomnę. Wciągam kozaczki na obcasie, dwa swetry, cieniutką kurteczkę i jakoś to będzie. Przebrnięcie przez zasypane ulice - niczym nie odśnieżone, bo jakże to - zajmuje dłużej, niż zwykle.
Ale to i tak lepiej, niż popołudniu. Śnieg sypie twardo, błoto pośniegowe zamarza, już od 15 w Centrum robią się gigantyczne korki. Na niektórych przejściach dla pieszych nadal leżą liście, co w połączeniu ze ślizgawką daje piorunujące efekty. Skręciłam sobie kostkę w bardzo efektowny sposób.
Nie pomaga smutny fakt, że jedna z koleżanek została zabrana przez rodziców po dwóch godzinach. Co za idiotą trzeba być, żeby przyjść do szkoły mając 40 stopni gorączki, ból mięśni i katar do kolan. Dyrekcja, usłyszawszy, że zagrypiona osóbka siedziała w jednej sali przez dwie godziny z trzydziestką innych osóbek, tylko złapała się za głowę. Trwają zakłady, czy jutro wszyscy dostaniemy maseczki na ryjki. Twarze, znaczy.
Paraliż i dezorganizacja. Ach, to Polska właśnie...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)