Modnie teraz pisać o problematyce symboli religijnych, więc i ja popełnię krótką, bo krótką, notkę. Mnie, jako toleracyjnej agnostyczce, kolokwialnie rzecz biorąc, powisa co i gdzie wisi. Krzyż, Gwiazda Dawida czy inny półksiężyc. Niech sobie wisi, póki nie każą mi się przed owym symbolem kłaniać i modlić.
Chodzę do szkoły normalnej(choć na skalę kraju normalni raczej nie jesteśmy), różnowyznaniowej i wielokulturowej. Nauczyciele też nie mają narzuconego obowiązku wieszania krzyży w salach: kto chce, ten sobie powiesi. A kto nie, niech wisi godło i święty spokój.
Jakiś czas temu pewien ksiądz, który pełni u nas rolę katechety, wybłagał u dyrekcji powieszenie krzyża na korytarzu na parterze. Trzeba wam wiedzieć, że szkoła zajmuje poniemiecki szpital psychiatryczny (dzieki czemu niemiecki mam w dawnym prosektorium...), pomieszczenia są zatem dość wysokie. Biedny woźny się nieźle namęczył, ale w końcu powiesił: pod samym sufitem.
Przerwę później krzyż też wisiał. Ale do góry nogami, na co wkurzyła się dyrekcja i kazała symbol zdjąć. Od tej pory w regulaminie szkolnym pojawił się zapis o tym, że na terenie szkoły panuje wolność wyznaniowa, zaś tajemniczym sposobem lekcje religii przeniosły się na pierwsze lub ostatnie godziny...
Wniosek mój z tego taki. Lepiej dać ludziom wolny wybór, niż dyskutować w e-przestrzeni, czym się i tak przecież nic nie zdziała...
A wspomniany w poprzedniej notce konkurs ortograficzny wygrało przedstawicielstwo Urzędu Wojewódzkiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)