Uwaga! To kontynuacja notki, więc nieznających przedmiotu rozważań serdecznie zapraszam tutaj .
Kot piwniczny to zwierz niezwykle atrakcyjny pod kątem anegdotycznym. I nie śmię mówić tu o wszystkich razach, kiedy ktoś wypuścił pomiot na balkon i przypomniał sobie o tym półtorej godziny później (swoją drogą, od tej pory kot wystrzega się balkonowej wolności od listopada do marca). Chodzi tu o wyskoki wszechczasów, takie które rodzina będzie pamiętać ad mortem defecatam.
Było lato bodajże 2002 roku. To był rok wielkiego zjazdu rodzinnego, więc nikogo nie zdziwił fakt, że do wiejskiego domu dziadków dotarłyśmy (wraz ze Smoczycą) z czarno - niebieską klatką transportową z drącym się kotem wewnątrz. Nie przewidziałyśmy niestety, że leśne otoczenie wzbudzi w zaledwie półtorarocznej kici Drapieżcę, zajadłego wroga nornic (ku uciesze Dziadka), wiewiórek, węży, a nawet dzięciołów. Kiedy goście zaczęli się zjeżdżać, futerkowiec postanowił nakarmić powiększające się ludzkie stado... W tym więc celu zameldowała się w pokoju uroczych, wiekowych cioć z Belgii, z myszką zwisającą z mordy. Sytuację opanowano dopiero, kiedy drące się ciotki zdjęto ze stołu, a nabzdyczonego żywiciela rodziny obłaskawiono szyneczką.
Z nieodmiennym rozbawieniem wspomina się też bliskie spotkanie Kajutki z psem, także na działce dziadków. Żeby ściągnąć kota ze szczytu najwyższej możliwej sosny, trzeba było najpierw odgonić ujadającego bezpańskiego kundla i znaleźć odpowiednio wysoką drabinę. I, rzecz jasna, łosia który wdrapie się tak wysoko (zgadnijcie, kto wyciągnął najkrótszą zapałkę...), a wszystko to przy akompaniamencie rozpaczliwych miauknięć gdzieś z igliwia, bo futerkowy idiota potrafił wejść, ale z zejściem było gorzej. Pełny czas akcji ratunkowej: dwie i pół godziny.
Smoczyca przy okazji czytania przemiłych komentarzy pod ostatnim kocim wpisem przypomniała mi jeszcze jeden powód kociej traumy. Przy okazji remontu sprzed dwóch lat, kiedy to używając wełny szklanej wytłumiałyśmy ściankę dzielącą nasze pokoje, kicia musiała coś zmalować. Wydając pełne rozkoszy pomruki wytarzała się w rzeczonej wełnie, oczywiście sama po chwili będąc jej kłębkiem. Dwaj budowlańcy mieli nieziemski ubaw, kiedy trzymali wyrywające się osiem kilo czystej furii, a Smoczyca próbowała ogarnąć kota przy pomocy odkurzacza. W efekcie kicia została wyczyszczona i przez trzy tygodnie omijała ludzi bardzo szerokim łukiem...
Nie wspomnę już o tym, że to kot ma mnie, a nie ja kota. Wczoraj zgoniła mnie z polczatowej piwnicznej imprezy, bo stwierdziła, że czas abym się położyła i dała się leczyć...
Zrzuciłam ją z poduszki i własnej twarzy dopiero koło trzeciej w nocy.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)