Żeby nie było wątpliwości - neologizm z tytułu został stworzony przez Stanisława Ignacego Witkiewicza, czyli Witkacego. Ufff, żeby nie było, że prawa autorskie naruszam...
Ślęcząc dzisiaj nad książkami podczas trójgodzinnej rozprawy z językiem polskim (kocham mój piątkowy plan...) stwierdziłam, że lista lektur oraz rozplanowanie ich w czasie nie ma najmniejszego sensu. Nic. Chyba, że sensem jest tworzenie neopseudointeligentów, którzy czytają, ale nie wiedzą co czytają i dlaczego. Ja przynajmniej nie wiem.
Pozwolicie, że zacznę od września - klasa trzecia liceum, a więc maturalna, profil dziennikarski (geografia i język polski w rozszerzonym wymiarze godzin). Ogólna ilość lekcji polskiego w tygodniu: 7. Z tego należy odjąć jedną godzinę tygodniowo na powtórki do matury.
-> "Wesele" 10 godzin lekcyjnych
-> "Ludzie bezdomni" 5 godzin lekcyjnych
-> "Chłopi" 14 godzin lekcyjnych
-> "Przedwiośnie" 7 godzin lekcyjnych
-> "Granica" 10 godzin lekcyjnych
-> "Ferdydurke" 4 godziny lekcyjne
-> "Szewcy" 2 godziny lekcyjne
Należy sobie zadać pytanie: co jest trudniej zrozumieć uczniowi - banał w postaci jednego tomu (bo tylko tyle jest w programie klasy trzeciej) "Chłopów" czy skomplikowane podteksty ideologiczne Witkacego? I na podstawie czego młody obywatel powinien kształtować swój światopogląd - telenowelowatej "Granicy" czy "Przedwiośnia"?
Nie zrozumcie mnie źle, ja nie mówię, że należałoby wywalić kanon lektur, albo że z podanych wyżej książek nie da się niczego nauczyć czy wyciągnąć. Da się, z każdej, bo znam kilku panów, którym przyda się wiedza typu "robienie dziecka schizofreniczce nie może się dobrze skończyć". Patrząc na powyższą rozpiskę myślę, że zmarnowałam przynajmniej 12 godzin.
Chociaż... Może MEN po prostu produkuje ciemną masę, neokretynów, którymi łatwo będzie rządzić i których potrzeby intelektualne będą tak małe, że zredukują się do marnego amerykańskiego filmu klasy B..?




Komentarze
Pokaż komentarze (27)