To było dawno, ale prawda. Napisałam ten tekścik wieki temu, wygrałam nim nawet jakiś pojedynek literacki na forach Mirriel (pod pseudonimem Issay). Odgrzebałam, porządkując folder z twórczością, skutecznie zawalający mi dysk.. Patrzę za okno, patrzę w kalendarz i jakoś mi źle. Wygrzebane, nadal pachnie kawą. I paryskim słońcem.
Où je vivrai l'amour, un jour...
Stałam pod błękitnym, paryskim niebem i nie miałam pojęcia, co mam dalej robić.
Mijali mnie ludzie, uwodząc zapachem pieczonych kasztanów i mową, dźwięczną jak srebrzyste dzwoneczki. Jak ogłuszona szłam najpiękniejszą ulicą świata, ufna, że Francja mnie ukołysze i zajmie się wszystkimi moimi małymi tragediami.
Ból serca zaleczył serdeczny, ciepły uśmiech kelnera.
Łzy osuszył zapach gorącej, aromatycznej kawy.
Gwar obmył mnie i spłukał gorycz porażki, którą wciąż miałam na skórze i na języku.
Wtem z nieba runęła nagła, pachnąca trawą ulewa, specjalność miasta, miękka pieszczota. Stałam pod Łukiem Triumfalnym, lśniąca, mokra od deszczu i szczęścia.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)