Nie lubię Świąt Bożego Narodzenia. A raczej tylko czasu poprzedzającego je. To dla mnie chyba najgorszy czas w roku, na co składa się chyba kilka rzeczy. Nie chodzi tu o to, że jestem niewierdząca - jasne, świętowanie urodzin Mesjasza czy też Proroka to ładna tradycja. Mało porywająca, ale ładna.
Moi znajomi dziwią się, że u mnie w domu ciężko znaleźć świąteczne akcenty - nie ma wielkiej, pięknej choinki, stroików, świeczników w kształcie Mikołaja, witrażyków na oknach. Pewnie jeszcze bardziej by się dziwili, gdyby widzieli, że Wigilia jest tylko uroczystą kolacją, a prezenty są symboliczne (żadna z nas nie obchodzi imienin ani urodzin, więc pozwalamy sobie przynajmniej na taką ekstrawagancję).
Zaraz ktoś mi zarzuci, że nie wiem, co tracę - owszem, wiem. Raz na kilka lat w Święta moja rodzina miała zwyczaj zjeżdżania się na wsi i przez trzy dni kolędowania, jedzenia, obdarowywania się prezentami, jedzenia, życzenia sobie jak najlepiej, jedzenia i przyjemnego spędzania czasu w temperaturze -15 stopni (zima na południu bywa naprawdę...zimowa). Znam większość kolęd i pastorałek, byłam na pasterce (choć najlepiej wspominam z niej trzykilometrowy marsz przy -20), a że czytałam Biblię, wiem co się świętuje. I nadal to do mnie nie przemawia.
Co roku dochodzę do wniosku, że Boże Narodzenie nie jest świętem wiary, a świętem konsumpcjonizmu i kultury masowej. Czyż nie chodzimy do centrów handlowych, w których świąteczne przeceny (że o ozdóbkach nie wspomnę) uśmiechają się do nas już od połowy listopada? W telewizji reklamy, w radiu anglojęzyczne piosenki o świętach, śniegu i całej reszcie? Wszyscy robimy wielkie świąteczne zakupy, przygotowujemy prezenty, ubieramy choinki (no, nie wszyscy...), a potem oglądamy Kevina samego w domu, syci tradycyjnymi dwunastoma potrawami.
Twierdzę, że coś umyka. Wierzącym - wiara w cud Narodzin, niewierzącym - chwila wyciszenia, a wszystkim...
No właśnie. Dla mnie, niewierzącej, te wolne grudniowe dni to okazja, żeby być sam na sam nie tylko ze sobą, ale i z rodziną. Nawet lubię tę ich gadaninę o służbie zdrowia i edukacji (lekarz, dwie pielęgniarki, dwie nauczycielki, więc o czym mają niby mówić?), nienasycony apetyt na pierożki i barszcz, życzliwe uszczypliwości. Jesteśmy rodziną, więc aby spędzić ze sobą czas, nie potrzebujemy telewizora ze świątecznymi hitami filmowymi, ani koncertem pastorałek śpiewanych przez celebrytów.
A wy, drodzy blogerzy? Czy starczy wam odwagi pobyć ze sobą - i innymi - bez zasłony komputera?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)