Ten film nie mógł wyjść dobrze. Klasyka raczkującego kryminału, Sherlock Holmes, jako obraz akcji?! Reżyserowany przez faceta, który jak do tej pory nie nakręcił nic imponującego?! Główna rola dla heroinisty?! To nie mogło się udać. Ale jakimś cudem, cholera, wyszło.
Fabuła może nie jest zbyt skomplikowana, jednak współgra z powieściami Conan Doyle'a. Jest główny bad guy, złapany i stracony na początku filmu. Jego zmartwychwstanie wplątuje w fabułę wątki czarnej magii, satanizmu i tajemnych stowarzyszeń rządzących Anglią. Potem jest już tylko lepiej... Z ciekawości zerknęłam sobie w dorobek scenarzystów. Mamy więc M. R. Johnsona, kompletnego debiutanta. Jest też Simon Kinberg, odpowiedzialny za trylogię X men. Trzeci jest Anthony Peckham, scenarzysta 5 Days to Midnight. Niezbyt wybitne składniki dały wspaniały efekt końcowy.
Gra aktorska - rewelacja. Przyznaję, wątpiłam w Roberta Downeya Juniora, bo od Good Night and Good Luck nie widziałam go w dobrej formie. Aktorsko naprawdę trzyma poziom, dzięki czemu mogę mu wybaczyć Hulka i Iron Mana (a jest co wybaczać, trzy części...). Fanki męskiej urody Jude'a Law muszę rozczarować: sama w życiu bym się nie domyśliła, że to on. Jakkolwiek połączenie tych dwóch dobrych aktorów i zabawnego, przyjemnego scenariusza daje mieszankę wybuchową. Odważnym krokiem było obsadzenie w rolach dwóch piękności: złodziejki Irene oraz narzeczonej Watsona, Mary, dwóch niezbyt znanych i kojarzonych aktorek (Rachel McAdams oraz Kelly Reilly). Dały radę, choć łatwo nie było.
Oglądając film, warto zwrócić na nowatorskie ujęcia - do góry nogami, retardacje i niespodziewane wypady w przyszłość. Podoba mi się także to, że operatorzy nie przesadzili z kolorystyką - robotniczy Londyn jest szary i ponury, niebo zadymione, rzeka brudna. Ogląda się bardzo przyjemnie.
Przez cały sens frapowała mnie muzyka - było w niej coś znajomego! Tylko co? Zła jestem na siebie, bo nie rozpoznałam w tym ręki Hansa Zimmera, który jak w Piratach, ratuje muzyką nawet słabsze sceny. Wpada też w tę szaro-burą konwencję kolorystyczną, bo nie przesadza z ozdobnikami... Choć założę się, że kiedy wpadnie mi w ręce ścieżka dźwiękowa i założę słuchawki, znajdę całe mnóstwo interesujących detali.
Aha - pamiętacie giganta z 300? Wrócił. W wielkim (i to w całym znaczeniu tego słowa!) stylu.
Nie zapomnijcie zapisać - Sherlock Holmes już od 15 stycznia. Wcale nie żałuję, że nie dotarłam na Avatara!




Komentarze
Pokaż komentarze (25)