Pobudka była ciężkim, poniedziałkowym survivalem. Nie dość, że całą noc przewracałam się z boku na bok i zasnęłam nad ranem, to jeszcze o nieludzkiej godzinie pod tytułem szósta (miałam na dziesiątą, cholera!), zadzwonił do mnie kolega - metal. Stwierdził, że idzie się wieszać, bo Nergal oświadczył się Dodzie i jego swiatopogląd runął w gruzy.
Posłałam go do diabła, poszłam spać. Półtorej godziny później przez senne opary dotarło do mnie, jaką informację mi podał. Wygrzebawszy się z pościeli, rzuciłam się do przeczesywania Internetu... Ho, ho, niejeden metal stracił dziś wiarę w swojego idola. Trudno.
Przy okazji dowiedziałam się, że Avatar zarobił już okrągły miliard, zaś niejaki pan Jacyków spędził Święta z mamą i narzeczonym. Inne informacje, jak występ La Toyi Jackson w polskiej komedii czy to, że dziecko Kasi Cichopek myli nianię z mamą, nie były już tak interesujące. Powlokłam się do szkoły.
Czy ja wymagam tak wiele?! Posypanie i odśnieżenie tych cholernych ulic to nie jest jakiś straszny problem, skoro śnieg leży trzeci dzień! Na większości przejść dla pieszych leżała gruba warstwa lodu, zaś pod moją znienawidzoną górkę na Jagiellońskiej wchodziłam zgięta w pół, uprawiając kaczkizm (kaczkizm - uginamy nogi w kolanach, stawiamy stopy jak kaczka i dzięki temu uzyskujemy większą przyczepność w śniegu) i klnąc na czym świat stoi.
Pięć godzin później wyszłam z uczuciem zmarnowanego czasu i fatalnym nastrojem (czwartkowy plan: niemiecki-z-tą-koszmarną-sadystką, okienko, matematyka, matematyka, wos, fakultet z historii, fakultet z historii). Jeśli nie wykończy mnie matematyka bądź wos, to na historii będę chyba przysypiać z nudów...
Szkolni sadyści wymyślili także kolejną turę próbnych matur, wracam więc do moich repetyroriów, tabelek i historii sztuki (tym razem nie dam się złapać na różnicę między bazyliką a kościołem halowym!!!). Przynajmniej okna wymienili i te -7 nie było tak dokuczliwe...


Komentarze
Pokaż komentarze (8)