0 obserwujących
72 notki
44k odsłony
  241   0

Euro 2012 i kryzys korupcyjnego keynesizmu


I w tym miejscu należałoby właściwie rządowi przyklasnąć. Przecież walka z cyklem koniunkturalnym przez szeroki program inwestycji infrastrukturalnych należy do kanonu lewicowych recept na problemy ekonomiczne. Do tego należy dodać, że po okresie PRL-u nasz kraj odziedziczył choćby układ drogowy zupełnie niedostosowany do wymogów współczesności (czego symbolem mogły być choćby międzynarodowe trasy tranzytowe z wyglądu niczym nie różniące się od dróg lokalnych). Te niedomagania nie zostały nadrobione przez pierwsze 15 lat transformacji i stanowiły poważną barierę rozwojową – kto będzie lokował przysłowiowe fabryki w miejscu, do którego nie da się w sensowny sposób dojechać ani samochodem ani pociągiem.
 


Działania rządu na tym polu można jednak skwitować klasycznym stwierdzeniem polskich komentatorów piłkarskich: „pomysł dobry, tylko wykonanie do niczego”. Rządowy „plan” uratowania gospodarki przed kryzysem nie wypalił ze względu na korupcyjny – w szerokim tego słowa sensie – charakter tego procesu. Korupcja – w źródłowym znaczeniu – nie oznacza jedynie prostego łapownictwa (i, choć jestem przekonany, że i takie sytuacje miały miejsce przy okazji Euro, to brakuje twardych dowodów, by wysunąć konkretne oskarżenia), lecz każde zjawisko psucia czy demoralizacji. I jeśli rząd polski uprawiał przez ostatnie pięć lat keynesizm, to był to keynesizm skorumpowany,
 


Pierwszą patologią była fiksacja na fizycznej, namacalnej infrastrukturze. Miliony wydano na drogi, dworce, stadiony etc. Nawet w sferze kultury skupiono się na stawianiu nowych filharmonii, muzeów i teatrów, nie dbając zbytnio o środki na ich dalsze funkcjonowanie. I o ile nie ulega wątpliwości, że fizyczna infrastruktura jest potrzebna, to jednak sama w sobie nie jest gwarantem rozwoju gospodarczego. Inwestycyjny szał związany z Euro był jedną z przyczyn eldorado w branży budowlanej, która w ostatnich latach rozwijała się wyjątkowo szybko. Był to jednak rozwój czysto ilościowy – zatrudniono rzeszę ludzi, zakupiono masę sprzętu (głównie z importu). W obliczu wyschnięcia finansowania z budżetu na inwestycje i zapaści na rynku budownictwa mieszkaniowego (która de facto trwa od późnych lat 80tych, a niewielki wzrost około 2005-7 na wyrost nazwano boomem), te wszystkie inwestycje ludzkie i materiałowe bardzo szybko mogą okazać się zbędne. Już wkrótce budowlańcy mogą zostać jedną z głównych grup zagrożonych bezrobociem, a firmy budowlane zostaną z parkiem maszynowym, którego nie będzie jak wykorzystać. Co więcej, budownictwo jest stosunkowo mało innowacyjną gałęzią gospodarki i jako takie nie generuje podstaw dalszego wzrostu.
 


Inwestycje rządowe łączyły ponadto dwie cechy – po pierwsze punktowy charakter, a po drugie częste przeskalowanie. Plan stworzenia spójnej sieci dróg od początku był chyba tylko planem, zatem zabrano się za budowę tego, co dało się zbudować na czas przed Euro, nie dbając o to, czy budowa akurat tego odcinka (dworca itp.) ma jakikolwiek szerszy sens. A ponieważ było wiadomo, że wszystkiego zbudować się nie da, to co się budowało, budowało się z rozmachem. Rodzi się podejrzenie, że rozmach tych inwestycji nie był wynikiem żadnej rzetelnej analizy potrzeb transportowych, lecz jedynie chęcią wydania pieniędzy i umożliwienia zarobku wykonawcom danej inwestycji.
 


W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu. W klasycznym keynesowskim ujęciu, antycykliczne roboty publiczne są bezpośrednią interwencją państwa w gospodarkę. We współczesnej praktyce państwo unika jak może tego typu zaangażowania, zamiast tego zlecając wykonanie wszelakich prac zewnętrznym firmom. Argumentuje się przy tym, że takie rozwiązanie ma same plusy. Dzięki systemowi przetargowemu możliwe staje się osiągnięcie wszelkich celów inwestycji – zarówno bezpośrednie (jak np. budowa drogi), jak i pośrednie, czyli redukcja bezrobocia i wzmocnienie siły nabywczej ludności – przy jednoczesnym obniżeniu jej kosztów. Być może w idealnej sytuacji tak właśnie się dzieje, jednak polskie realia okazały się być zgoła odmienne.
 


System przetargowy okazał się dla wielu firm pułapką. „Idąc na ostro”, byle tylko wygrać przetarg, wiele firm kalkulowało na granicy opłacalności. Wystarczyła zatem niewielka, niekorzystna z punktu widzenia danej firmy zmiana sytuacji rynkowej (ważny w tym kontekście był choćby wzrost VATu na materiały budowlane do 23%), by cała impreza przestała się opłacać, zaś skala zlecanych przez instytucje państwa i samorządu terytorialnego inwestycji powodowała, że o bankructwo nie było trudno. Upadłość głównego wykonawcy, oprócz konsekwencji, jakie nosi dla jego kontrahentów, jest też zawsze niezwykle niekorzystna dla inwestora, czyli państwa – przekazane wcześniej wykonawcy pieniądze giną gdzieś w mrokach polskiego systemu upadłościowego, a nowej firmie trzeba płacić po raz kolejny.
 

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale