26 obserwujących
234 notki
380k odsłon
  691   0

JAKI BYŁ LOS DELEGACJI NARODOWEJ ? (11: MSZ )

 

W związku z opublikowanym apelem o intensyfikacje dociekań dot. poszukiwań POZA „czasoprzestrzenią maskirowki smoleńskiej” - zadaję kolejne z tytułowego cyklu pytania:
 
                           o   rolę MSZ w „katastrofie smoleńskiej”
 
Będzie jaki miesiąc temu, jak napisałem:
„3 lotniska, dwa kraje, JEDEN DYPLOMATA ZAREAGOWAŁ?
A BIAŁORUSCY  CO? ODMÓWILI ?"
 
- licząc na blogera S24 (że się odezwie). I… się odezwał! Z przeszłości:

„Charge d'affaires polskiej ambasady Witold Jurasz , który dostał informacje na telefon komórkowy natychmiast rozpoczął przygotowania.

Owszem dotarła taka informacja, owszem szykowaliśmy się. Już samochód podjeżdżał pod dom, mieliśmy ruszać na lotnisko i kiedy już wychodziłem zadzwonił telefon, że już niestety nie mam po co jechać - mówi Jurasz.
Dyplomata z Mińska powiedział nam również, że przetransportowanie całej delegacji do Katynia nie byłoby łatwe. Dopiero analizowano scenariusze awaryjne. Rozważano natychmiastowe wynajęcie autobusów, ale podróż do Katynia trwałaby co najmniej 5 godzin. Była możliwość przewiezienia tylko prezydenta z małżonką - to zabrałoby 3-4 godziny.
Dlatego w Mińsku tupolew miał tylko przeczekać mgłę nad Smoleńskiem. Scenariusz byłby wówczas taki, że samolot czekałby płycie, my podjęlibyśmy prezydenta jakimś poczęstunkiem, poczekalibyśmy aż przejdzie mgła i wtedy samolot poleciałby do Smoleńska - mówi Jurasz.”
(wypada zastanowić się może, dlaczego On, niski rangą – bo charge d'affaires został dopiero potem, i to dwukrotnie: także w 2012! – młody radca został „uruchomiony” w tej sprawie; może dlatego, że to – jeszcze z czasów pracy w MON, miłośnik… samolotów:http://photos.airliners.net/profile/witold ?)
 
Byłoby wszystko „elegancko” i „dyplomatycznie” (choć niewyobrażalnie śmiesznie: „podjęlibyśmy prezydenta jakimś poczęstunkiem”) gdyby nie inne zeznanie:
„K. S., funkcjonariusz BOR
W przypadku gdybym wiedział o możliwości lądowania na terytorium Białorusi musiałbym spowodować objęcie ochroną osób ochranianych przez służby tego kraju.”
(„Biała Księga” ZP)
 
Wnioski nasuwają się same:
Po pierwsze - albo jedna (Jurasza), albo druga (BORowca) wypowiedź to kłamstwo – nie sposób założyć, że wiadomość o lotnisku zapasowym nie dotarła do BOR. Jest jednak (chociaż „się w głowie nie mieści”) wyjście z tej alternatywy – nie dotarła CELOWO, bo informator (wraz z całym sztabem!) miał pełny obraz (przyszłej?) sytuacji; kto był tym informatorem?
 
I tu daje znać o sobie „ciemna strona mocy”, bo linkowany materiał z wypowiedzią Jurasza rozpoczyna się tak:
 
4 października 2010
„Delegacja z prezydenckiego tupolewa miała 10 kwietnia zaczekać w Mińsku na poprawę pogody albo dotrzeć do Katynia autokarami - ustalił reporter RMF FM. Ambasada w Mińsku była w trakcie przygotowań do przyjęcia prezydenta Kaczyńskiego, gdy samolot rozbił się w Smoleńsku. Dyspozycje z Warszawy dotarły do Mińska pół godziny przed katastrofą.
W Warszawie w ministerstwie spraw zagranicznych przebywał akurat polski ambasador wMińsku i to on zadzwonił z informacją, że tupolew będzie lądował na lotnisku zapasowym w Mińsku.” (a tu mamy potwierdzenie:

Skontaktowałem się z ambasadorem Henrykiem Litwinem, który powiedział, że jest w Polsce, ale że przekaże tę informację do Mińska” – opowiadał prokuratorom Górczyński. Dodał, że oddzwonił do niego pracownik ambasady w Mińsku, którego naczelnik poprosił, by „ktoś z ambasady oczekiwał na samolot”.MSZ nie wyraziło zgody na rozmowę Dariusza Górczyńskiego z „Dziennikiem Gazetą Prawną”.http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/443986,katastrofa_smolenska_zapasowe_lotniska_byly_szykowane_w_ostatniej_chwili.html

- swoją drogą: jakie to MSZ czujne! - nie wyraziło zgody -jeszce by Dariusz coś chlapnął...).
 
Tak nieznany szerzej reporter radiowy stał się Ważnym Dziennikarzem Śledczym (a Wasz bloger tylko siedzi i zawija w te sreberka), bo wiadomość jest niesłychana:
w dniu wizyty Delegacji Rzeczpospolitej – jej ambasador w państwie leżącym na trasie przelotu, państwie z wyznaczonymi dla tego przelotu dwoma lotniskami zapasowymi – ma wolne. Wyjeżdża. Powie ktoś – został wezwany! Ależ jasne: WDŚ grubo przesadził z tym „akurat”! Zatem: został wezwany by czuwać nad akcją. I tu pojawia się – żeby zostać jednak w klimacie „wschodnim” – zagwozdka: NIE CZUWA COP, NIE CZUWA BOR, NIE „CZUWA” NAWET RADIOSTACJA RATUNKOWA (premier pod prysznicem, a p.o. prezydenta ponoć w budzie ruskiej), mass media wystrzelone na księżyc – ALE CZUWA MSZ ! Czuwa „pomimo niespodziewanych trudności”: w gmachu MSZ nie ma prądu! Nie działają telefony, internet, ale… od czego są komórki? Te działają („dostał informacje na telefon komórkowy”) i przynajmniej nikt nie powołany nie będzie sztabowi przeszkadzał…bo się nie dodzwoni.
 
I o godz. 8.10 sztab wydaje dyspozycje (bo i do Moskwy, dla amb. Marciniaka) – NA LOTNISKA!
Co ciekawe – wg przytoczonej relacji na dwa (Mińsk i Moskwa):
A NA TRZECIE NIE? (bo to wyglądałoby na DECYZJĘ!).
„Proces decyzyjny” – jak instruuje nas ówczesny radca Jurasz („Dopiero analizowano scenariusze awaryjne”) musi trochę potrwać, ale przyjmijmy, że wyżsi rangą decydują szybciej, więc można założyć, że MSZ otrzymało wiadomość o „przekierowaniu na zapasowe” o godz. 8.00.
No i teraz druga zagwozdka: TYLE NAM MÓWIONO O „NIEMOŻLIWOŚCI PRZEKAZANIA NOWEJ, NIEKORZYSTNEJ INFORMACJI POGODOWEJ! Okazuje się jednak, że JEDYNIE DO SAMOLOTU – BO MSZ WIEDZIAŁO (PO PRAWDZIE NIE CAŁE - BAHR NIE WIEDZIAŁ I „SIĘ NIEPOKOIŁ”). ALE NIE POWIEDZIAŁO (ani COP-owi, ani BOR-owi: po co ludzi denerwować?), NAWET SAMOLOTOWI.
Tak, to nie jest jakiś „brak koordynacji” (wprost przeciwnie, jak się wydaje), jakiś „polski bałagan”
(„bałaganu” nie było, jak przekonała nas prokuratura praska umarzając tzw. smoleńskie śledztwo cywilne). OD WCZESNYCH GODZIN RANNYCH W MSZ CZUWA SZTAB KRYZYSOWY.
WYDAJE DYSPOZYCJE I… CZEKA NA WIADOMOŚĆ.
 
I teraz nastąpi nieoczekiwana pointa:
 
Ten „czuwający ambasador” został odwołany – o, przepraszam – powołany! na stanowisko wiceministra spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Jak tylko „się uspokoiło”. No i też nie na długo – bo znowu jest ambasadorem, znowu „na wschodniej rubieży” i co jeszcze ciekawsze – w obliczu całkowitej zmiany frontu wobec pojelcynowskiej Rosji (ten się akurat nam zasłużył, pewnie dlatego tak niektórzy pokochali jego przeciwieństwo…) – nadal w tym samym kraju (który swego ambasadora zmienił!): na Ukrainie. Czuwa do dziś.
Widocznie ta „zmiana” tylko dla picu.
No i widocznie „szef sztabu” wie (vide casus Turowskiego) co robi…
 
Czy otrzymamy jakieś DEMENTI ?
Czy ktoś wyświetli nam kiedyś współczesną wersję zinnemannowskiego „A Man for all Seasons” ?
Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka