Smutne informacje dochodzą z Ukrainy. Smutne, bo z punktu widzenia naszego geopolitycznego interesu nie ma rzeczy gorszej, niż oddanie się tego kraju pod protekcję Moskwy. Giedroyc by się zmartwił: nie umieliśmy obronić tzw. Strefy ULB przed powrotem w orbitę Rosji. Ostatnie decyzje parlamentu i rządu Ukrainy pieczętują porażkę demokratycznej Europy. Może premier Putin przytulać naszego premiera, może prezydent Miedwiediew odtajniać kolejne dokumenty katyńskie i wycofywać inscenizację ze Stalinem z programu obchodów "wielikoj pabiedy", ale prawdziwa twarda gra toczy się - jak od wieków - w lasach, bagnach i stepach pomiędzy Grodnem i Łuhańskiem. I tu przegrywamy na całej linii, choć obawiam się, że o ile my w Polsce jesteśmy tego w pełni świadomi, o tyle Zachód nie za bardzo rozumie, co się stało i ile w tym jego własnej winy.
Z trzech dawnych republik sowieckich faktycznie i instytucjonalnie udało się przeciągnąć na zachód tylko Litwę, kulturowo nam najbliższą, ale niestety najmniejszą i najmniej znaczącą. Białoruś była wolna przez kilka lat, zanim nie wybrała sobie zupełnie demokratycznie na prezydenta p. Łukaszenki, który jest człowiekiem wiernym swoim zawodowym przyzwyczajeniom. Batiuszka Łuka jest byłym dyrektorem kołchozu, gdy więc został prezydentem, postanowił cały kraj przerobić na jeden wielki kołchoz i w zasadzie mu się to udało. Nie tak dawno obywatele z zapałem razem z prezydentem w całym kraju siali trawę, sadzili kwiatki i robili inne pożyteczne rzeczy w ramach tzw. subotnika, czyli obowiązkowego czynu społecznego dla wszystkich. Dzień wcześniej mogli sobie o północy obejrzeć w telewizji "Katyń", ale pewnie mało kto się na to zdecydował, bo na subotnik trzeba się było stawić rano, jak do pracy. Białoruski reżim pozbawił rodaków flagi i godła, w zamian dając "narodowe w formie i socjalistyczne w treści" wariacje na temat symboli z czasów radzieckich. Próbuje też - co jest ewenementem na skalę światową - namówić ich do pozbycia się własnego języka narodowego na rzecz języka dawnych zaborców, oczywiście tych ze wschodu. Tu jednak łukaszenkizm zdaje się mieć jakiś problem, bo co prawda w szkołach uczą po rosyjsku, ale wszelkie urzedowe tabliczki informacyjne są po białorusku! Ot, taka swojska słowiańska niekonsekwencja.
Ukraina to w porównaniu z trzymilionową Litwą i dziesięciomilionową Białorusią gracz wagi ciężkiej. Ukraina to pięćdziesiąt milionów mieszkańców, zasoby węgla, dostęp do Morza Czarnego z portami w Odessie i na Krymie, korzystny dla rolnictwa klimat i gleby (gdzie tam zimnej i kamienistej Litwie do tego potencjalnego spichlerza Europy!), kilka dużych i strategicznie położonych miast, wreszcie największe państwo w całości położone w Europie. Rosjanie, którzy w końcu machnęli ręką na usamodzielnienie się Litwy (choć rytualnych pohukiwań przy okazji przyjmowania tego kraju do NATO było sporo), w przypadku Ukrainy nie dali się tak łatwo pokonać. W czasie pomarańczowej rewolucji do końca próbowali odwrócić bieg wydarzeń i w taki czy inny sposób wprowadzić do pałacu prezydenckiego w Kijowie Wiktora Janukowycza. Nie udało się - i chwała tutaj naszym politykom, którzy potrafili błyskawicznie zmontować nie tylko krajową, ale i unijną ekipę negocjacyjną, która pojechała do Kijowa i przekonała Ukraińców, aby dali sobie szansę na pokojowe rozwiązanie konfliktu. Chwała też tym, którzy - jak choćby Lech Wałęsa - pojawili na Majdanie i zbudowali może niewielki, ale ważny kapitalik sympatii dla Polski. Do Kijowa pojechały też prywatnie setki Polaków, tysiące demonstrowały w Polsce pod konsulatami Ukrainy i wpinały w kurtki pomarańczowe wstążeczki. Ukraińska rewolucja była zresztą jednym z tych wydarzeń, które przyspieszyły przemiany w samej Polsce - wielu z tych ludzi czynnie uczestniczyło w kampanii wyborczej roku 2005 i przyłożyło rękę do odsunięcia od władzy rodzimych postkomunistów. Głód zmian, zapoczątkowany aferą Rywina, znacznie się wtedy u nas powiększył.
Niestety, zwycięstwo "pomarańczowych" okazało się pyrrusowe. Demokraci ani nie potrafili zreformować zastygłego w połowie transformacji, ubogiego i zacofanego kraju, ani nawet utrzytmać choćby pozornej jedności swojego obozu. Ukraińska "wojna na górze" okazała się jednak dla niezależności kraju znacznie bardziej szkodliwa, niż podobne wydarzenia 15 lat wcześniej u nas. W Polsce w 1993 roku nie było ani liczącej się grupy wyborców, ani - jak się okazało - żadnej liczącej się partii, która chciałaby nas prowadzić z powrotem w objęcia rosyjskiego niedźwiedzia. Ukraińcy niestety i takie partie, i takich wyborców mają. Zwycięstwo Janukowycza i przejęcie przez "niebieskich" pełni władzy okazało się grobowym kamieniem ukraińskiej niezależności, a szybciutkie przedłużenie dzierżawy Symferopola Flocie Czarnomorskiej i powiązane z nim ruchy w sferze gazownictwa potwierdziły najgorsze przypuszczenia. Ekipa Januki bezwstydnie sprzedaje własny kraj za pieniądze, które pomogą jej utrzymac spokój społeczny, a więc i władzę, na dłużej, niż do pierwszej chłodnej i głodnej zimy.
Osobiście nie dziwię się, że opozycja w Radzie Najwyższej zachowywała się tak, jak się zachowywala. W kijowskim parlamencie nie odbywała sie bowiem zwykła debata na temat stosunków międzynarodowych. Tam toczono o bój o fundamenty niezależności państwa. O to, czy pozostanie ono wolną Ukrainą, czy też stanie się za jakiś czas z powrotem Małorosją - wasalnym, poddanym rosyjskiemu imperium krajem, którego (podobnie jak Białorusi, Osetii i Abchazji) Moskwa nie przyłącza tylko dlatego, że to po pierwsze niemodne, po drugie za drogo. Taniej mieć satelity, przećwiczono to już za czasów ZSRR. Niestety, ludzie Janukowycza wyglądają na mocno zdeterminowanych. Jedna rzecz jest bowiem symptomatyczna: pośpiech, z jakim dążą do przeforsowania swoich pomysłów. Gdy w normalnym parlamencie wybuchają zamieszki, zarządza się z reguły przerwę, podczas której posłowie, sami albo przy pomocy straży, nieco się uspokajają. Tymczasem w Kijowie, wśród dzikich ryków i trzasku łamanych nosów, gazu łzawiącego, dymu, latających jajek i innych przedmiotów, marszałek Łytwyn, schroniwszy się przed gradem jaj pod trzymanymi przez straż parlamentarną parasolami, poddawał pod głosowanie właśnie te wnioski, o które toczyła sie bitwa. Byle szybciej, bo drugiej okazji może nie być.
Do obozu Juszczenki i Tymoszenko można mieć wiele pretensji. O zimną wojnę domową, przy której nasza, polska, wydaje się delikatną sprzeczką. O rehabilitację Bandery i podtrzymywanie kultu UPA (choć przecież i my postawiliśmy pomnik "Ogniowi", który niejedno niewinne życie ma na sumieniu - każdy naród ma taką politykę historyczną, jaką mieć może, UPA robiła rzeczy straszne, ale tak czy inaczej walczyła o ukraińską niepodległość). O nie dość szybkie reformowanie gospodarki, niezdecydowanie w kwestii integracji z Zachodem i przymykanie oczu na wciąż silną pozycję oligarchów w gospodarce (teraz "pomarańczowi" oligarchowie wygryzani sa przez oligarchów "niebieskich", na czym cierpią m. in. przygotowania do Euro 2012). Trzeba jednak przyznać, że główną obietnicę wypełnili: przynajmniej do dnia wyborów Ukraina była krajem demokratycznym, elekcję przeprowadzono po raz pierwszy od lat uczciwie, a przegrani oddali władze bez krętactw i wybiegów.
Można też mieć pretensję o to, że ekipa z Majdanu zmarnowała ludzkie marzenia. Marzenie własnego kraju o trwałej niezależności i nasze marzenia o silnym, europejsko nastawionym sojuszniku na Wschodzie. Tylko pamiętajmy, że wolna Ukraina nie doświadczala przez te pięć lat zbyt wiele życzliwości i pomocy od Zachodu. W Europie przez kilka lat kłócono się o Turcję, mimo, że Ankara standardy demokratyczne wprowadza dużo bardziej opornie, niż Kijów, a gospodarczo też raczej do pierwszej ligi europejskiej się nie zalicza. Więcej: kłócono się o kraj, który geograficznie w 97 procentach leży w Azji, wzruszeniem ramion zbywano zaś polskie napomykania o kraju, który w 100 procentach leży w Europie! I jak tu wierzyć w projekt jakiejś wspólnej polityki zagranicznej Unii, skoro priorytety jej członków są tak rozbieżne?
Europa Zachodnia zrobiła więc niewiele, aby pomóc wolnej Ukrainie, Europa Środkowa taplała się raczej we własnym bagienku, zaś dyplomacja śp. prezydenta Kaczyńskiego wobec krajów postradzieckich pełna była pięknych i szlachetnych gestów, które - wbrew wyśmiewającym Kaczyńskiego liberałom - były moim zdaniem potrzebne, ale których niestety nie potrafiliśmy przekuć w nic trwałego. Duża w tym wina polskiej premierowsko-prezydenckiej wojny, ale sporo także konsekwencji nie do końca poważnego traktowania przez "starą " Unię problemów zgłaszanych przez "nową". Jeśli więc będziemy mieć za wschodnią granicą kolejnego satelitę Moskwy, nie będzie to bynajmniej wina samych pokłóconych Ukraińców. Będzie to równiez wina europejskiego Zachodu, który - w trosce o własne interesy, choćby takie jak bałtycka rura - zrobił niewiele, aby rosyjską ekspansję powstrzymać.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)