87 obserwujących
541 notek
594k odsłony
  822   0

Górski: Ja mam dwie ręce i nimi kręcę...

A potem pokrzepiam się przypomnieniem sobie, że przecież już nie za każdym razem daję się nabrać, sfrajerzyć, zrobić w wała, w bambuko, że użyję tu tylko cenzuralnych określeń. Że już na wszelki wypadek nie daję sobie wcisnąć żadnych bankowych udogodnień i odrzucam wszelkie propozycje spotkań z doradcami, że czytam uważnie umowy (teraz zagapiłem się, wstyd mi), że wiem, że trzeba wszystko mieć na piśmie. Że aby nie czuć się jak ostatni frajer, na wszelki wypadek traktuję doradców, sprzedawców, konsultantów – a zwłaszcza ich przełożonych, wymyślających te wszystkie marketingowe sztuczki i cisnących podwładnych, aby za wszelką cenę wciskali ludziom różne niepotrzebne rzeczy, wyciskając w zamian ich pieniądze i ufność – z góry jak oszustów. Oczywiście takich oszustów, którzy w razie czego są kryci, mogą przecież pokazać umowę z trzydziestym siódmym punktem zapisanym maczkiem i powiedzieć: trzeba było czytać uważnie, trzeba było nie dać się zbajerować miłemu konsultantowi, trzeba było pilnować swoich interesów, trzeba było się znać na parametrach urządzeń, paragrafach prawa, stopach i procencie składanym, trzeba było wiedzieć, co to jest adapter karty SIM – frajerze! Jak ci artyści marketingu stojący niegdyś na Bazarze Różyckiego z trzema kartami i pokrzykujący: „Ja mam dwie ręce i nimi kręcę, a ty masz gały, żeby patrzały!”.

No ale potem myślę o kontaktach z potencjalnymi nowymi pracodawcami, którym nie mogę przecież z góry okazywać nieufności, żądać natychmiast precyzyjnych umów i zabezpieczać się na wszystkie strony, bo przecież w ten sposób przekreślałbym swoją szansę na pracę i zarobek. Więc także dla ratowania własnego samopoczucia zgadzam się na rozpoczęcie pracy przed podpisaniem umowy, ale tak na wszelki wypadek przygotowuję się gdzieś tam w głowie do tego, żeby w razie czego nie wyjść, przed sobą samym, na ostatniego frajera, móc powiedzieć sobie: wiedziałem, że to oszust, przejrzałem jego intencje i sztuczki, no ale co miałem robić? Oczywiście, lepiej później musieć przyznać, że się niesłusznie źle myślało o człowieku czy firmie, zwłaszcza że przecież myślało się dla siebie, nie zrobiło się im żadnej krzywdy, niż znowu wyjść na frajera i to permanentnego, takiego, co to go już tyle razy ograli w trzy karty, a który wciąż przystępuje do gry i wciąż głupi nie rozumie, że w to nie da się wygrać…

No ale w końcu myślę sobie, że te wszystkie reakcje obronne, nawet słuszne – to ciągłe profilaktyczne uważne czytanie umów, celowo konstruowanych tak, żeby nie dało się ich zrozumieć, to patrzenie na ręce urzędnikom bogatych banków, agentom wielkich firm ubezpieczeniowych, sprzedawcom w sieciach sklepów, odkładanie słuchawki, kiedy tylko zabrzmi w niej głos telemarketera – to są objawy jakiejś potężnej aberracji. Przecież porządny człowiek powinien ufać innym ludziom, niezależnie od tego, jaki zawód wykonują i w jakiej społecznej roli występują. Nie może być tak, że w obronie przed gangsterami zaczyna się patrzeć na świat jak gangster. Przecież tak właśnie być powinno, tak właśnie jest dobrze, kiedy wierzy się człowiekowi, gdy coś mówi. Przecież krzywdzimy wielu porządnych ludzi podejrzeniem, uprzedzeniem, oczekiwaniem od nich najgorszego, tym łapaniem się w ich towarzystwie za portfel; krzywdzimy nawet wtedy, gdy nie wychodzimy z tym na zewnątrz. Przecież te odruchy zaczynają rządzić naszym życiem, odzywają się w relacjach z innymi ludźmi, i to także tymi najbliższymi. W końcu nieufność rozlewa się po duszy czarnym cieniem, pokrywającym całą paletę barw naszych bliźnich.

Przypomina się tu dobrze opisana przez artystów słowa, historyków i socjologów, mentalność pańszczyźnianych i popańszczyźnianych chłopów, których utrwalone doświadczenia kazały im wciąż obawiać się krzywdy i oszustwa. Powodowało to chroniczną nieufność i niechęć do innych, ale także usprawiedliwiało własne nieuczciwości, popełniane nawet nie z chęci zysku, ale z potrzeby złagodzenia poczucia bycia ofiarą wykorzystania. W końcu skoro pan mógł bezkarnie gnać chłopa do roboty, podnosić normy, oszukiwać na obrachunku, a w wolnych chwilach gwałcić żonę i córkę, to kradzież drewna z pańskiego lasu zyskiwała walor terapeutyczny. Dziś, zachowawszy wszelkie proporcje, możemy zaobserwować podobne zjawiska w umysłach ludzi wolnych, choć przecież zależnych od jednostek i instytucji potężniejszych od siebie.

***

System, w którym przyszło nam żyć, a w którym zarabianie pieniędzy jest najwyższą cnotą najsilniejszych, jest trochę jak mityczna wróżka Kirke. Posiadł umiejętność – przynajmniej w pewnym stopniu – zamieniania ludzi w świnie. I naprawdę trzeba być mądrym jak Odyseusz, by obronić się przed takim czarem. Jeśli ktoś zna jakieś kontrzaklęcie, proszę, by mi je zdradził. Ja tymczasem mam tylko taki pomysł, by o tych czarach pamiętać, mówić głośno i także głośno mówić o tym, że dobrze jednak jest być marynarzem, a nie świnią.

I mam ponadto taką refleksję. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu właściciele fabryk na całym świecie, prywatni i państwowi, nie przejmowali się oczyszczaniem spalin ani ścieków. Po prostu zarabiali, brali pieniądze do kieszeni, a odchodami, których w tym procesie nie dało się uniknąć, obdzielali nas wszystkich. Zyski były prywatne lub państwowe, a koszty publiczne. W końcu jednak podtruwani ludzie zaczęli domagać się zakładania filtrów na kominy i upusty, słusznie przecież obawiając się o to, co wspólne i wszystkim nam niezbędne. No i w pewnym przynajmniej stopniu udało się fabrykantów zmusić – bo przecież nie uprosić – do myślenia o czystości powietrza, wody i ziemi. Może warto byłoby teraz pomyśleć o ekologii naszych umysłów i wzajemnych relacji i w końcu zacząć domagać się, aby to właśnie ci, którzy zarabiając niewyobrażalne pieniądze wypuszczają między nas swoje ścieki, masy moralnego brudu, który powstaje w tym procesie, zaczęli ponosić za to odpowiedzialność.

Jarosław Górski

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale