W trakcie matur, czyli od dnia pierwszego egzaminu do dnia ostatniego wydałam około dwustu polskich złotych.
Spaliłam 10 paczek papierosów. Choć zwykle nie ruszam niczego z kofeiną, wypiłam kilka litrów kawy. Moja dieta oparła się na trzech składnikach: jajecznica, słodycze, kawa.
Powiem szczerze: słodycze też rzadko ruszam. Ale zdały egzamin utrzymując mi wysoki poziom cukru we krwi przez niemal cały dzień, co pozwoliło się dobrze koncentrować.
Co nie tłumaczy dlaczego schudłam. Znaczy, nadal jestem wielorybem, ale już trzy kilo mniejszym. (Jeszcze tylko trzysta)
Napisałam trzy egzaminy podstawowe i dwa egzaminy rozszerzone. Zaliczyłam też trzy egzaminy ustne.
Dowiedziałam się, że ciastka z Columbusa (takie duże bardzo, z czekoladą) są absolutnie przepyszne w związku, z czym wszyscy macie je jeść, bo ja tak mówię.
Mój dzień wyglądał dość prosto. Wstawało się, się szło na maturę, w stanie wykończonym wracało się do domu i pisało się bloga ku uciesze plebsu i ku gniewowi arystokracji.
Przed każdą maturą pisemną słuchałam Niemena śpiewającego Leśmiana. Żeby się wczuć w ten kulturny charakter.
Potem, dla rozluźnienia, słuchałam „Cztery osiemnastki”, mojej ulubionej piosenki ulubionego wokalisty.
Ustne były gorsze. Człowiek nie tylko zdawał egzamin, ale i czekał na wyniki.
W opustoszałej szkole, wśród pań konserwator powierzchni płaskiej i ludzi poubieranych na galowo jeszcze cuchnących papierosami, które przed chwilą udali się na palarnię zapalić.
Przekonałam się, że nienawiść jest wieczna. Zaraz po wygłoszeniu prezentacji ustnej z polskiego niemal dokumentnie wszyscy palili bibliografie i plany ramowe.
Ale jak się czuje człowiek po wszystkich swoich egzaminach maturalnych, którymi straszono go od początku gimnazjum?
Liceum było gorsze i to znacznie. Co prawda przez liceum przeciągnęły mnie tylko i wyłącznie białe koperty wręczane dyrektorowi przez Macochę, ale przeciągnęły, nie?
Natomiast zdać egzaminy ustne pozwoliły mi usta i nie rozwijajmy tej myśli. Miałam szczęście, że trafiałam w komisjach na samych facetów. No, raz była kobieta, ale to drobna niedogodność.
Natomiast na pisemnych popisała się Novalijka. Pod groźbą trzech tępych karków będących jej kuzynami usuwała z sali maturalnej osoby siedzące obok mnie i każąc im spadać na jej miejsce. Siedząc obok mnie szeptała mi wyniki do każdego zadania, podczas gdy obłaskawiona wcześniej kadra pilnująca patrzyła namiętnie na zacieki na suficie.
Więc jakoś Ochłapczyca przebrnęła przez tę maturę. Najlepiej było z polskim, o czym widzieliście notkę – poradziłam sobie świetnie, mojej wiedzy z polskiego nie dorówna nikt.
Wiem, kiepska ta moja kpina i szyderczność dzisiaj, bo i zmęczona jestem.
Wy pewnie też zmęczeni, zestresowani… jak wszyscy.
Na rozluźnienie posłuchajcie sobie „Czterech Osiemnastek”. To w końcu moja ulubiona piosenka.
Prawdziwie kulturalna, nie? Coś jak Boska Dantego. Ten poziom.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)