Dzisiaj piszę jak fanatyk. Dziś napiszę z takim jadem, gniewem i destrukcją, jaką nie pisałam nigdy wcześniej i nie napiszę nigdy więcej.
Kwiatki wręczone, prezenty dane, łzy otarte? Wzruszeniście, k***a, byli Dniem Matki, Tej Jednej Jedynej Kobiety?
No to dzieła, a co delikatniejsi niech wychrzaniają stąd dzisiaj, bo ich może zaboleć.
Andrzej Samson (tak, ten Samson) „Mit szczęśliwego dzieciństwa”.
No co. Pedofilia pedofilią, książki psychologiczne pisał niezłe.
Nie będę cytować książek, ponieważ musiałabym cytować całe fragmenty, a wolałabym zdania, ale zdania średnio się da z zachowaniem sensu, więc będę streszczać:
Po pierwsze: każde dziecko bez wyjątku kocha swoją matkę.
Po drugie: nie każda matka bez wyjątku kocha swoje dziecko.
Ja uważam nawet, że rzadko która.
Znaczy, jasne. Życzą swoim dzieciom dobrze, myją, ubierają, posyłają do szkół.
Przypomina mi się sytuacja sprzed paru miesięcy. Mój siostrzeniec wraca ze szkoły i do matki w ryk:
- MAAAMO, ONI MNIE TAM NIE LUBIĄ!!!
Matka pogłaskała, pogadała, wytarła nos, zapomniała.
I kiedy syn przyszedł drugi raz z tym samym problemem, nie miała cierpliwości. Nawrzeszczała, że zawraca jej łeb pierdołami, sama miała ciężki dzień.
Rewolucję w terapeutycznej psychologii zrobiła kilka lat temu książka „Toksyczni rodzice”.
Wiem, że jest to sytuacja a la „Mężczyźni są z Marsa, a Kobiety z Wenus” – wszyscy o tym słyszeliście, nikt z was idioci popkultury nie zadał sobie trudu przeczytać.
Autorka, Susan Forward, nie udowadnia w tej książce, że powinniśmy wyskoczyć na rodziców z tasakiem, bo to wszystko ich wina. Jej książka sprowadza się do dwóch założeń:
- Nie jesteś odpowiedzialny za to, co zrobiono tobie jako dziecku.
- Kiedy jesteś dorosły twoim zadaniem jest panować nad swoim życiem w sposób zdrowy bez względu na to, czy nauczyli cię tego rodzice, czy nie.
Chore, prawda?
Nie. Wcale. Ani trochę.
Nie jest to jednak notka wyłącznie o matkach. Jest to notka o opiekunach jako takich. O rodzinie jako takiej.
Przejdźcie się po ulicy. Otyłe brzydkie debilki z wykształceniem średnim szarpią swoje dzieci jakby te były winne ich gniewu.
Posłuchajcie mediów - regularnie informują o bestialskich morderstwach noworodków i katowaniu kilkulatków, bo płaczą. Pół biedy, kiedy konkubent się spił i dziecko mu spać przeszkodziło, to nim walnął o ścianę.
Gorzej, kiedy dziecko z dobrego domu nie ma nawet siniaków do pokazania.
Nie łudźcie się. Dręczenie bywa nie tylko fizyczne. Zdecydowana jego większość bywa psychiczna.
Ci, którzy się go dopuszczają to nie obcy, lecz według statystyk ci najbliżsi. Matki i ojcowie.
Wy. I wasi rodzice.
Lubię zadawać ludziom wredne pytanie. „Jak sądzisz, jedno dziecko na ile przed ukończeniem osiemnastki jest molestowane seksualnie przez kogoś z rodziny?”
Ludzie odpowiadają: jedno na sto tysięcy. Jedno na tysiąc. Jedno na sto.
Odpowiedź prawidłowa: jedno na dziesięć.
Jeśli na tej stronie przebywa sto osób, statystycznie dziesięć z nich było macane przez mamusię, tatusia, wujka, babcię/wstaw dowolne.
I dziewięć na dziesięć z tych osób nigdy nikomu tego nie powie.
Dziękujmy Bogu za rodziców bijących tak nieostrożnie, że zostawiają ślady – wtedy da się coś zrobić.
A co z całą rzeszą, miriadą dzieci, które bite są psychicznie? I nie mają siniaków do pokazania? Co z całą resztą zaburzeń, którą źli rodzice fundują pociechom?
Pamiętacie? Anoreksję, bulimię, emosy, depresję?
Każde zaburzenie psychiczne wiąże się ze złą opieką rodzica. Anorektyczki to córki agresywnych ojców, bulimiczki zimnych matek, przeciętne tnące się emo tylko prosi żałośnie o pomoc, a wy widzicie zjawisko społeczne, znak czasów, wszystko, tylko nie kryzys rodziny.
Pamiętacie, jak ojciec was zlał i wyrośliście na ludzi mimo tego? To ekstra. Wy też bijcie swoje dzieci, jest bardzo prawdopodobne, że wam podziękują. Bo nauczą się głupoty od was.
Tak. Dzieci uczą się od rodziców. Kieruję to zwłaszcza do rodziców nastolatków – twoja pociecha zachowuje się jak idiota? Może tylko cię naśladuje?
Kryzysem rodziny jesteście wy sami. Wy i wasi rodzice. Być może wielu z was będąc nastolatkami miało rodzicom wiele do zarzucenia – a potem zostało rodzicami i na zasadzie chorej logiki stwierdziło: skoro wychowywanie jest takie trudne, wybaczę rodzicowi, że nie podołał.
Wszystko, byle nie mieć wyrzutów sumienia, byle nie musieć brać tej potwornej odpowiedzialnościza to że źle wychowujecie, że piętnastoletnia pociecha obciąga staruchom. Wy jej tego nie nauczyliście, prawda?
Nikt nie miał prawa was bić, poniżać ani zaniedbywać. Dzieciom należy się zaspokojenie wszystkich potrzeb – od jedzenia po rozpiskę partii politycznych rządzących ojczystych krajem, bo przecież dziecko rodzi się jako tabula rasa, czego wy go nie nauczycie, tego nie będzie umiało.
A uczą się nie słuchając, lecz naśladując.
I nie, nie są gorszym rodzajem człowieka. Nie są święte, ale są ludźmi. Choćby taki niemowlak musi nauczyć się chodzić, a sądząc po dorosłych na wózkach mających rehabilitację nie jest to łatwe. Więc dlaczego żywicie nieuzasadnione przekonanie, że dzieci mają łatwiej? Przecież na ich poziom życia nauka takiego czytania to jest to samo, co dla was pisanie pracy magisterskiej.
Dziecko mojej siostry przeżywało tragedię w związku z byciem nieakceptowanym w szkole. Tragedię godną tego, że wy nie dostaliście awansu w pracy. Może należycie do tego typu idiotów, którzy uważają, że porażki przeżywają tylko słabi. Ja uważam, że porażki powinien przeżywać każdy, a potem wstać i iść dalej. A to dziecko jak najbardziej miało powód do płaczu. I jakim prawem jego matka, a moja siostra uważała jego problem za pierdołowaty? Chwilę później siedziała na telefonie opowiadając przyjaciółce o złej atmosferze w jej własnej pracy. I nie widziała tego, że te problemy miały tę samą wagę.
Z takich właśnie drobiazgów bierze się potem instrumentalne traktowanie dziecka, zaniedbywanie go.
Co jeszcze sądzicie na temat dzieci? Że miłość je rozpuszcza jak dziadowski bicz?
Jak na razie nie udowodniły tego żadne badania, a sporo potwierdziło, że dzieci bez miłości umierają lub chorują. To zwykła potwarz, zwykłe usprawiedliwienie mające na celu zamaskowanie prawdy, że nie chcecie poświęcać dzieciom tyle opieki, ile potrzebują. Nie macie sił. Ale macie dzieci. I to nie wasza wina – to ich wina, że są takie młode, silne, pytające, niedoskonałe, niecierpliwe, energiczne/wstaw dowolne.
Bądźmy uczciwi - twoje dziecko ma problem z psychiką, zachowaniem, potwornie niskimi ocenami? Może wcale nie jest mu tak dobrze, jak ty uważasz, że być powinno.
To, że nie dajecie rady być rodzicami dobrymi, to z pewnością właśnie "tak jest" na świecie, a jest tylu rodziców gorszych, więc gdzie ta krzywda robiona dziecku, jeśli powiecie mu, że jego problem to pierdoła?
Nie wybaczajcie cudzych i swoich błędów, to prowadzi do rozkręcenia spirali złych zachowań.
Nie pamiętajcie, ale i nie zapominajcie prawdy o własnym dzieciństwie - tylko nazwanie po imieniu zachowania opiekunów może wam pozwolić uwolnić się od bólu.
I nie, do cholery, nie bije się dzieci, choć z pewnością wrzaski bywają konieczne. Zwłaszcza takie jak: UWAŻAJ NA SAMOCHÓD! Bo doskonale wiem, że dzieci miłe i słodkie nie są, ale wiem też, że są dziećmi. Są niedoskonałe, popełniają błędy, ale do was należy dobre wychowanie ich.
Same się nie pchały. To wy podjęliście decyzję o posiadaniu dzieci, wasi rodzice podjęli decyzję o posiadaniu was. Nikt nie może powiedzieć, że to wina czy zakres odpowiedzialności dziecka.
Skoro macie dzieci, winniście dać im wszystko, czego potrzebują, a nie wszystko, co możecie. Co możecie to zwykle za mało. Dajcie tyle, ile chcieliście otrzymać jako dzieci – nie jako dorośli.
Nie uważam, że każda kobieta zanim zajdzie w ciążę powinna dostać papierek z urzędu, że może.
Nie uważam, że każda matka będzie z góry zła i paskudna.
Nie uważam, że jest coś chorego w tym, że każda niemal kobieta może być matką.
Ale widzę, że prawie żaden rodzic nie przeprasza, nie uczy się, nie szanuje własnego dziecka, a żąda szacunku dla samego siebie. Uczy dziecko mówiąc, a potem dziwi się, że jest naśladowany.
Dostrzeżcie fakty. Przestańcie gloryfikować czwarte przykazanie.
To głupie przykazanie. Szacunek należy się wtedy, kiedy ktoś na niego zasłuży.
A nikt z nas, że tak powiem, na ten świat się nie pchał. To ktoś dorosły i odpowiedzialny zdecydował o powołaniu was do życia i nie, nie musicie mu dziękować. To była jego decyzja. Spójrzcie na rodziców oczami dzieci – ich ogromnych i często nierealnych potrzeb. Pomyślcie, jak dobrze by było być docenionym, uczonym, prowadzonym, nie ocenianianym. Dostrzeżcie ich błędy lub prawidłowe zachowanie. Rozliczcie się z przeszłością? I odpowiedzcie sobie - czy na pewno była taka dobra?
Dajcie swoim dzieciom miłość, nie tresurę.
I nie gloryfikujcie rodziców. Docenćie ich, jeśli naprawdę byli wspaniali, dali wam miłość, siłę i zdolność spełniania marzeń.
Ale potępiajcie ich zachowanie, jeśli byliście bici, niekochani, niedoceniani, poniżani.
Ponieważ nie ma rodziców perfekcyjnych, ale aż nadto wielu z nich nawet nie stara się być dobrymi.
I mi nawet nie chodzi o potępienie, zmianę przepisów, zmianę zachowania. Nie! Mam jedynie nadzieję, że spojrzycie trzeźwo na swoje i waszych rodziców rodzicielstwo. I że nazwiecie je po imieniu – dobrym, albo złym.
A jeśli odkryjecie, że jesteście złymi rodzicami – powiedzcie to swoim dzieciom. Przyznajcie im, że nie, nie jesteście najlepsi, one dobrze się czują niekochane. I tak, jest wam wstyd.
To pozwoli zlikwidować dysonans poznawczy i zmniejszy ilość ewentualnych zaburzeń w przyszłości. Nie do pogardzenia, skoro mówimy o waszym kodzie genetycznym, prawda?
Wiem, że łatwiej jest usprawiedliwić zachowanie niż zmienić je na właściwe. Wiem. I nie, nie tędy droga.

A każdy, kto chce opowiedzieć o swoich przemyśleniach, zbluzgać mnie, albo się zgodzić nie na forum - zapraszam - ochlapczyca@gmail.com



Komentarze
Pokaż komentarze (24)