Bezrobocie spada! Czy to nie cudowna wiadomość? No niestety nie bardzo, bo są to jedynie puste słowa GUS-u. Od jakiegoś czasu, powtarzana dość często informacja, sprawiła, że rzesze bezrobotnych odżyły nadzieją na znalezienie zatrudnienia. Jak się szybko okazało, nadzieja była pusta, tak samo , jak te słowa.
Bezrobocie wciąż jest. No chyba, że komuś się marzy praca za najniższe pieniądze, w najcięższych warunkach i do tego, najczęściej bez umowy. Tak wiem, co zaraz usłyszę. Jak ktoś nie ma na chleb, to się każdej pracy podejmie. I taka jest prawda. Ale czy o to chodzi?
Osoba, która zna języki obce, ma ukończone studia, zna obsługę komputera, a do tego nie jest mentalnie porównywalna do ucznia gimnazjum, ma problemy ze znalezieniem pracy. I faktycznie musi podejmować się pracy na kasie w „biedronce”, czy zwykłego opróżniania śmietników. Żadna praca nie hańbi, dopóki jest wykonywana uczciwie i rzetelnie. Ale czy po to się kształcimy, zdobywamy doświadczenie i podnosimy kwalifikacje, aby wykonywać właśnie taką pracę?
Czemu w tak niszowych zawodach wciąż jest praca? A czemu na stanowiskach wyższych, które faktycznie stawiają potencjalnym kandydatom jakieś wymagania, wszystkie stanowiska są obsadzone?
W tych pierwszych wolne posady wynikają z braku chętnych. Młodzi wykształceni ludzie nawet nie patrzą w tamtym kierunku. Wolą siedzieć i przekładać papierki, zamiast wykonywać pracę, w ich mniemaniu skrajnie upokarzającą, w kontekście ich CV. Natomiast Ci, którzy powinni tam pracować, według mnie przymusowo, siedzą na ławeczkach, popijają piwko, tudzież inne napoje alkoholowe i przeklinając głośno szydzą z tych, którzy ciężko harują. Przecież, jak można tak się zarabiać? Oni nie robią nic. A pieniądze do nich same pukają. Z Urzędu Pracy, z OPS-u, na dzieci itd. Wszelkie świadczenia są im przyznawane bez żadnej zbędnej kwalifikacji.
Natomiast te drugie stanowiska, które są bardziej eksponowane, zawsze są obsadzone. Kim? Ludźmi nie posiadającymi kompetencji. Ludźmi, którzy znaleźli się na nich bo mają „układy”, bo pracuje już tam, ktoś z rodziny, bo znają szefa, bo są z polecenia. Połowa ekspertów w urzędach, nigdy wcześniej nie miała do czynienia z zajęciem, w którym to są specjalistami. W firmach prywatnych jest podobnie. Nie liczą się kompetencje. Liczą się znajomości.
Przypomniało mi się, jak w czasach studiów, moja Uczelnia podawała ile procent jej absolwentów ma pracę. Między innymi na tej podstawie klasyfikowano ją w różnych tabelach i na różnych miejscach w rankingach. Zawsze to były bardzo wysokie noty. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na to, że Ci absolwenci nie pracują w zawodach pod kątem których studiowali. A przeważnie pracę załatwiali im rodzice we własnych firmach.
Innym ciekawym zjawiskiem były stypendia socjalne. Jako osoba pracująca, zarabiająca pieniądze, niestety nie dostawałem takowego. Nie mieściłem się w tak zwanych widełkach. Właściwie zarabiałem w sumie nieco ponad 100 złotych ponad dopuszczalną normę. Nikogo nie interesowało to, że z tej kwoty musze opłacić studia, czynsz i żyć przez miesiąc. Natomiast wielu moich znajomych, których rodzice mieli prywatne firmy, wykazywało, że mają mały dochód i pobierali stypendia. Nikogo i w tym przypadku nie obchodziło… tym razem to, jakimi samochodami podjeżdżali pod uczelnie.
Tego typu absurdy istnieją cały czas w naszej rzeczywistości. Sprawiają, że przeciętny młody człowiek po prostu się potrafi poddać, bo nie wierzy w jakąkolwiek szansę, na osiągnięcie „tego czegoś”. Nie wierzy w system, który miał zapewnić mu życie na poziomie wykształcenia i umiejętności. Wierzy w to, że bez braku znajomości nie osiągnie niczego. Po całym dniu składania CV i jeżdżenia od firmy do firmy, wraca do domu, z lodówki wyciąga resztki tego, co zostało do jedzenia i włącza telewizor, który pewnie mu zabiorą bo nie ma z czego spłacić rat. A w telewizorze co widzi? Eleganckiego mężczyznę w dobrze skrojonym garniturze, który z przejęciem i wiarą w głosie opowiada, jak to spada bezrobocie i w ogóle że jest coraz lepiej. Że system sprawuje się znakomicie…


Komentarze
Pokaż komentarze (15)