„Jakiś czas temu zasłabłem na ulicy. Od tamtej pory nie palę.”
„Mój ojciec zmarł na raka wątroby. Obiecałem mu przed śmiercią, że nie będę pił.”
„Wylądowałem w szpitalu. Serce. Lekarze mówią, że to od papierosów…”
Tego typu wypowiedzi możemy usłyszeć z ust wielu nałogowców, którzy postanowili zerwać z tym co do tej pory było w ich życiu niezastąpione. Używkami. Kiedy raptem staje się zagrożone nasze życie stajemy się innymi ludźmi. Wola przetrwania jest w nas tak silna, że jesteśmy gotowi do dużych poświęceń, byle by tylko uporać się ze zdrowiem. Poświęcenie jest tu bardzo adekwatnym stwierdzeniem, gdyż dla każdego alkoholika, palacza, czy narkomana, odstawienie nałogu jest równe z wielkim poświęceniem.
Jednak zdarza się, że mimo bezpośredniego zagrożenia życia nałóg jest na tyle silny, że nie pozwala nam na poprawienie swoich notowań na giełdzie życia i śmierci. Zwykle mówi się, że tacy ludzie są głupi. „Jesteś egoistą i myślisz tylko o swoich przyjemnościach.”
I w dużej części należy się z tym zgodzić. Taki człowiek jest egoistą. Jednak czy myśli tylko o swoich przyjemnościach, czy tez może ukróceniu cierpienia? Bo są to dwie różne rzeczy.
Piszę tą notkę, bo miałem ostatnio kontakt z pewnym człowiekiem. Nie jest on mi wyjątkowo bliski, ani nie wpłynął specjalnie na moje życie, jednak kontakt z nim skłonił mnie do pewnych przemyśleń. Otóż, u tego mężczyzny, w średnim wieku, stwierdzono raka wątroby. Okazało się to po tym, jak któregoś dnia stracił przytomność i został odwieziony do szpitala. Stracił przytomność przypadkowo. Wyjątkowo akurat wtedy był trzeźwy. A w swoim życiu nadużywał alkoholu mocno, czego nie mam zamiaru oceniać, gdyż nie jest to celem tej notki.
Po stwierdzeniu choroby, lekarz stwierdził jasno. Nie może Pan nadużywać alkoholu. Jeżeli chce się Pan napić to wina i to sporadycznie. Zaprzestanie nałogu nie sprawi, że rak minie. Jednak pozwoli nam na leczenie i znacznie wydłuży życie. Każdy normalny człowiek w takiej sytuacji, motywowany chęcią przeżycia odstawił by alkohol. I tak też się stało. Niestety nie na długo. Człowiek ten przestał pić, zaczął o siebie dbać. Mijając go na ulicy nikt by nie powiedział, że jest chory. Wyglądał o wiele lepiej, niż wtedy kiedy jeszcze nie był chory, ale pił. Jednak karetka znów go zabrała. Tym razem już po alkoholu. Wszyscy się mocno zdziwili, gdyż myśleli, że odstawił ten zgubny nałóg. Jak się okazało nie na długo.
Po wyjściu ze szpitala, człowiek ten już jawnie pił dalej. Nie przemawiało do niego to, że odstawienie alkoholu mogło mu znacznie wydłużyć życie. Nie przemawiało też to, kiedy nie pił ludzie inaczej na niego patrzyli. Choć w życiu człowiek samotny, to jednak zawsze ktoś starał się przy nim być. Chyba, że był pijany. Z natury żaden nałogowiec niema silnej woli. Jednak ten człowiek, kiedy tylko chciał potrafił się powstrzymać. Tym bardziej przy takiej motywacji.
I w tym kontekście chciałbym zastanowić się przez chwilę nad tym co skłania ludzi do popełniania tych samych błędów w obliczu tego co nieuchronne, lecz stopniowo może być oddalane. Czy nie jest to świadoma próba popełnienia samobójstwa? Przecież skoro wiemy, że coś nas zabija, a jednocześnie robimy to, to można to nazwać samobójstwem. Nie wymagająca takiej odwagi, jak skok z okna, czy powieszenie się. Jednak konsekwentnie przybliżająca nas do tych samych rezultatów. Może to świadomość, że będzie coraz gorzej, sprawia, że taki człowiek chce przyśpieszyć ten proces. Jednak, jak nieszczęśliwy musi być człowiek, jeśli wola przeżycia ustępuje u niego samozagładzie? Przecież wola życia to jest najsilniejszy z instynktów! Najtrwalszy i najbardziej oczywisty z oczywistych… Choć jak się okazuje wcale tak być nie musi…


Komentarze
Pokaż komentarze