03.07 - piątek
Monika Kacprzak, wolontariuszka, która rok przepracowała w Ugandzie na przełomie lat 2005- 2006 pisze:
„Jeden z uczniów naszej szkoły zabrałmnie do swego rodzinnego domu. Jakieżbyło moje zdziwienie, gdy okazało się, iżjego domem jest centrum dla sierot. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie,że centrum i szkołęprowadzi jego mama. Ludzie ci nie prosili o pomoc. Radzili sobie na miaręswoich możliwości. To właśnie dało mi najwięcej do myślenia. Złamany zostałraz na zawsze w mojej głowie stereotyp leniwego Afrykańczyka czekającego na jałmużnęod białych. Pani Miriel wraz z wychowawcami nie czekali na nikogo by otoczyćopiekądzieci chore i opuszczone. Wróciłam do Polski nosząc w sercu obraz dzieci z Kyabishaga – dzieci nie posiadających wielkich wygód, ale otoczonych troską. W grudniu 2008 roku dostałam informacjęod mojego ucznia, a dziśjużrównieżprzyjaciela,że wichura przewróciła budynek szkoły podstawowej”.
Dlaczego Kyabishaga?
Powiedzielibyśmy o niej Matka Polka! Szczupła, wysoka, często uśmiechnięta. Swojeżycie poświęciła pomocy najbardziej potrzebującym dzieciom - i to nie z ojczystego kraju. Matka Rwandyjka – Matka opuszczonych dzieci - Miriel Twinamtsiko.
Wojna domowa w 1994 roku, między plemionami Tutsi i Hutu zmieniła obliczeŚrodkowej Afryki. Zmieniłażycie tysiącom ludzi z plemienia Tutsi. Miriel jest Tutsi. Musiała uciekać. Wraz z piątkąswoich dzieci pozostawiła swój dom – Rwandęi wyruszyła w nieznane. Po 3 miesiącach tułaczki znalazła nowy dom w sąsiednim kraju w Ugandzie, 80 km na północ od Kampali, w miejscu gdzie trudno dostaćsiębez przewodnika. Daleko od głównej ulicy, w miejscu cichym i spokojnym. Cierpienie i ból, którego doświadczyła przemieniła w siłę. Postanowiła podziękowaćludziom z obcego kraju – Ugandy – którzy jąprzyjęli. Do swego domu zaczęła przygarniaćchore dzieci, którymi rodzice nie byli w stanie sięzaopiekować. Po pewnym czasie ludzie sami przynosili dzieci, które straciły rodziców. Czy to nie wystarczyło by spłacićdług? Dla Miriel to było jeszcze wciążza mało. Sama chodziła po okolicy, by szukaćporzuconych dzieci mieszkających na ulicy. Nie wiadomo kiedy w domu zebrała się20 dzieciaków. Tak właśnie powstałdom dziecka. Jednak Miriel doskonale zdawała sobie sprawę,że sam dach nad głowąto jeszcze za mało. Dzieci mająprawo sięuczyć– dzieci z Kyabishaga chciały sięuczyć! By zapewnićim edukację, wraz z lokalnąspołecznościąwybudowała szkołę. Znaleźli nauczycieli. Szkoła początkowo przeznaczona była tylko dla najmłodszych. Starsi chodzili do oddalonej o 12 km podstawówki. Od 2004 w Kyabishaga jest juższkoła podstawowa ze wszystkimi siedmioma klasami. Jest teżdom, w którym mieszka 50 podopiecznych. Ośrodek utrzymuje sięz farmy krów.
Obecnie pod opiekąośrodka znajduje sięokoło 150 dzieci. Jedna trzecia z nich mieszka tu na stałe. Pozostałe ucząsięw szkole podstawowej. Szkoły sąpłatne w Ugandzie, a cena za semestr często przekracza finansowe możliwości rodziców. Podstawówka prowadzona przez Miriel jest bezpłatna. Rodzice płacąjedynie za obiady, które dzieci otrzymująw szkole.
W roku 2008, w czasie pory deszczowej wichura powaliła budynek. Miriel nie czekała na pomoc. Rozpoczęła odbudowęszkoły. Z pomocąpospieszyli jej ludzie z okolicznych wiosek.
Teraz dzieciaki czekająna szkołęz prawdziwego zdarzenia. Jednak koszt budowy przerasta znacznie możliwości Ośrodka. Nie wystarcza pieniędzy by jednocześnie prowadzićdom dla 50 dzieci i stworzyćodpowiednie warunki nauki.
Inne tematy w dziale Rozmaitości