gosie gosie
55
BLOG

Bez wody piechotą do nieba

gosie gosie Podróże Obserwuj temat Obserwuj notkę 3

 

07.07- wtorek

Wynajęliśmy busa do Kyabishaga, sześcioro białych i siedmiu tutejszych.Ściśnieni razem z bagażami jechaliśmy 80 km, aby doświadczyć gościnności i otwartości mieszkańców wioski. Wszyscy pięknie ubrani zaczęliśpiewać i tańczyć na nasz widok, chowając się przed gorącym afrykańskim słońcem pod zadaszeniem z blachy. Jak się źniej okazało, to był budynek szkoły, o ile można kilka desek i blachę nazwać budynkiem. Wychodziliśmy powoli z naszej taksówki. Minęło kilka chwil, a tłumy dzieciaków obstąpiły nas z każdej strony. Jedne machały malutkimi rączkami, drugie nieśmiało się uśmiechały. Gdy tylko wynurzyliśmy się zza samochodu, drobnymi kroczkami przybiegła przywitać nas starsza kobieta, ubrana w odświętny gomes, lekko postarzały. Zaczęła nas przytulać, mówiąc coś w języku luganda. Po tej powitalnej ceremonii tanecznym krokiem zaprowadziła nas do szkoły. Tam, w rytmie bębnów podskakiwali iśpiewali wszyscy czekający na nas, bez chwili zastanowienia dołączyliśmy do nich. Wzięłam na ręcę małą dziewczynkę, która z lekkim zmieszaniem przyglądała się mojej twarzy. Chwilę źniej objęła mnie mocno rączkami i tak została do końca wszystkich przemówień i występów, które trwały ponad 3 godziny, zdąrzyła się nawt przespać na moich kolanach i zasmarkać mi koszulkę.

 

Przy naszej biełej szóstce siedziała starsza kobieta, ta która wcześniej tak serdecznie nas przywitała. Uśmiechała się spoglądając w naszą stronę, siedziała skromnie, a jej syn prowadził całe to zamieszanie wywołane naszym przyjazdem. Chwilę źniej okazało się,że to ona jest założycielką szkoły i domu dla dzieci ulicy w Kyabishaga. Kobieta prosta, skromna, z sercem przepełnionym miłością. Nie mówiła po angielsku, ale nie trzeba było słów, aby poczuć się oczekiwanym i zaakceptowanym.

 

W zgiełku tego dnia, zamieszania zwiazanego z naszym przyjazdem, między pierwszymi zabawami z dzieciakami i ich występami, wciąż towarzyszyły nam te oczy pełne miłości, oczy kobiety, którą wszyscy nazywają tu Mamą. Krzątała się przy kuchni, ognisku zadaszonym blachą, aby przygotować dla wszystkich przybyłych obiad.

 

Wieczorem, zmęczona całym dniem poszła do domu, przygotować posłanie dla wszystkich dzieci. My wciąż jeszcześpiewaliśmy i tańczyliśmy przy ognisku, a wraz z nami dzieci oraz ich wychowawcy. Teko, który jest z plemienia karamodżong, dokładał do ognia, Joshua grał na bębnie, a najmłodsze dzieciakiśpiewały piosenki, później dołączyli się starsi, i tak wszyscy zaczęliśmyśpiewać i tańczyć.

 

Bała się podejść, przyświetle ogniska było widać tylko jejśmiejące się oczy i szeroki uśmiech. Zaczepnie wołała: “mzungu” (biały). Po wspólnychśpiewach odwarzyła się w końcu podejść i dotknąć mojej ręki. Chwilę źniej złapała mnie za nadgarstek i zaprowadziła do mamy. Weszłam do ciemnego pokoju, w Kyabishaga nie mają prądu, tam na macie siedziała mama Miriel. Przytuliła mnie mocno, zaczęła mówić coś w języku luganda nie wypuszczając mnie z ramion, mała Cisaci wciąż trzymała mnie za rękę.

 

Jak to się stało,że pani Miriel stała się pewnego dnia matką dla osieroconych dzieci? 10 lat temu przygarnęła piątkę dzieci, którym zmarli rodzice. A potem sierot przybywało z każdym miesiącem. Znajdowła je na ulicach miasteczka i okolic, i zabierała do domu. 50 takich dzieci daje dziś jedzenie i dach nad głową, ale przede wszystkim daje im miłość.

 

Mimo iż w studni zbudowanej na terenie placówki woda się skończyła i trzeba teraz po nią chodzić daleko, mama Miriel pełna nadziei mówi: “Gdzie jest miłość, możliwe jest wszystko!”

gosie
O mnie gosie

To malo istotne...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości