Najpierw napiszę, że jestem twardą przeciwniczką wszelkiego rodzaju donoszenia. Od skarżypyctwa w przedszkolu do donoszenia przez sędziwych emerytów.
Opiszę jednak sytuację z życia wziętą i opowiedzianą przez kogoś znajomego. Ktoś w dalszym sąsiedztwie podłączył się do hydrantu stojącego w pobliżu jego działki. Hydrantu, który służy strażakom czy innym służbom do czerpania wody w razie konieczności. Ta osoba korzysta z tej wody pełnymi garściami. Podlewa cały czas działkę, a nawet podobno w poprzednim roku napełniła sobie basen. Podobno była o tym fakcie zawiadomiona straż miejska, ale widać nic nie mogli zrobić, bo proceder trwa w najlepsze.
Czy rzeczywiście powinno się zawiadomić policję o kradzieży dobra wspólnego jakim jest woda? Bo przecież pobór wody jest płatny i ktoś zapłaci za tę wodę, czyli okoliczni mieszkańcy.
Możliwe, że z czasów PRL-u wielu z nas wyniosło przekonanie, że dobro ogólnodostępne jest bezpłatne i można z niego korzystać do woli. Czy ta "wiedza" przechodzi już na następne pokolenia?
Wprawdzie zwolennicy liberalizmu powiedzą pewnie, że to sprawa zarządzającego hydrantami, który powinien jakoś zabezpieczyć możliwość poboru wody tylko przez osoby/jednostki do tego uprawnione. Wtedy jakakolwiek próba poinformowania służb o procederze będzie traktowana jako donos. A donosami wszyscy się brzydzimy, przynajmniej deklaratywnie.
Jak najlepiej rozwiązać tę sytuację ❓


Komentarze
Pokaż komentarze (7)