Nie milkną echa rozpętanej (nie pierwszy raz zresztą) wojenki o handlu w niedzielę. Nie są pozbawieni racji Ci, którzy uważają, iż konserwatywni posłowie dali się w sumie podpuścić, szanse na przeprowadzenie podobnej inicjatywy w sejmie obecnej kadencji są wszak zerowe. A dyskusja, która rozgorzała, przechyla zupełnie niepotrzebnie szalę w agresywną stronę religii katolickiej (przecież w supermarketach i galeriach handlowych szaleją nie od dziś katoliccy ekstremiści z maczetami, prawda?), upadku gospodarki i dobrych obyczajów.
Dziwię się czasem politykom, naprawdę. Powiedzcie mi, czy nie mają racji Ci, którzy uważają, iż to nie o problem otwartych placówek handlowych chodzi najbardziej - lecz o jakość oceniania, wynagradzania, motywowania pracowników? Przecież jak już chcemy narobić szumu (pozytywnego), to nie lepiej napisać projekt (choćby zarys) ustawy bardzo restrykcyjnie podchodzącej do pracodawców w kwestii zatrudniania pracowników w niedziele? Jak na zachodzie - płacimy podwójnie, brak umów śmieciowych, dobrowolność - a jak się okaże, że na kasie w czasie mszy siedzi kasjerka zatrudniona na 1/4 etatu, która wolałaby spędzić popołudnie z rodziną a płacone ma tyle samo, co w poniedziałek - to taką karą przywalić, że nawet tesco czy inne marche odczuje ją na swojej skórze. Wiadomo, takie coś też nie przejdzie, ale odczucia społeczne lepsze a i szanowny liberał Tusku nie będzie miał okazji do straszenia, jaki to ten PiS straszny i wszystkiego by tylko zabraniał.
Zresztą, jak już się mleko rozlało, to po kiego czorta okopywać się tak głęboko w defensywie, hmm? Przecież to co wypisują zwolennicy pełnego i wolnego handlu, to niejednokrotnie taka komedia, że aż się prosi o komentarz. Przewodniczący wszelakich konfederacji pracodawców z namaszczeniem godnym lepszej sprawy mówią" nie stać nas na model zachodni! Jesteśmy jeszcze za biedni, by móc sobie na takie swawole pozwolić!". No tak, za to ceny w sieciach handlowych tych panów to jakie są, wschodnie? Tu już standardy biednej, rozwijającej się gospodarki nie obowiązują, prawda?
"Tylu ludzi musi może robić zakupy tylko w niedzielę! Przecież pracują, a czasu nie ma!" Mój ulubiony argument z gatunku tych miodniejszych. No tak, w Polsce ludzie lodówek i zamrażarek nie mają, sklepy są otwarte jak urzędy do 16, internet dostępny tylko w wiaderkach, więc jedyną szansą na kupienie srajtaśmy i piwka mają w niedzielę. Ech, biedulki same. Rozumiem, że kwestią czasu pozostaje możliwość odwiedzania w siódmym dniu tygodnia banków, poczty, urzędów, fryzjera? Napisze mi ktoś swoją drogą ilu fryzjerów straciło pracę przez to, że niedziela wolna? Tyle włosów można by obciąć...
Tu dochodzimy do kwestii najważniejszej, która w mej opinii dzieli najbardziej i zupełnie niepotrzebnie powoduje niezdrową agresję obecną u obu stron "konfliktu". Należy rozróżnić placówki oferujące rozrywkę, kina, restauracje, puby, galerie, w których naprawdę można znaleźć obiekty oferujące możliwość wartościowego spędzenia czasu od supermarketów, oferujących papier toaletowy w weekendowej promocji. Może warto spróbować przesunąć dyskusję na tor społeczny, zamiast agresywnej dyskusji, kłótni - czy aby czasem ludzie w Polsce nie zaczęli traktować wyprawy do marketu jako sposobu na spędzanie wolnego czasu z rodziną? Szukanie promocji, wyścigi wózkiem i kolejka przy samoobsługowych kasach - no tak, rewelacja! A dzień z dzieciakami zaliczony, można wrócić na kanapę z poczuciem dobrze spełnionego rodzicielskiego obowiązku.
Wzrośnie bezrobocie! Upadnie tyle miejsc pracy! Czyli rozumiem, że jak komuś nie uda się przykładowej srajtaśmy kupić w niedzielę, to przez resztę tygodnia będzie się podcierał liśćmi z przydomowego ogródka? Oczywistym jest wg mnie, że nikt rozsądny nie będzie chciał zakazywać pracy obiektom, które oferują coś więcej, ale przecież niech nikt nie wmawia nam, że zamknięcie zwykłego marketu to apokalipsa i koniec świata, katolicki ekstremizm.
Skrajność w wyrażaniu opinii bywa bardzo niebezpieczna. Zapewnienie godnego traktowania pracowników, odpowiedniego wynagrodzenia, to sprawa kluczowa. Poza tym należy się mocno zastanowić, czy aby ograniczenie handlu w niedzielę nie przyniesie więcej dobrego - może ludzie zamiast do takiego sklepu, pójdą z dziećmi do kina? Parku? Do restauracji? Jeśli te obiekty znajdują się w handlowej galerii, to oczywista jest odpowiedź, czy ma być ona otwarta (ci, którzy chcą pozamykać wszystko jak idzie, dużo dobrego do sprawy nie wnoszą). Jednak jak ktoś chce mi wmówić, że tylko galerie w Polsce mamy... Do tego dochodzi aspekt sklepików małych, których właściciel sprzedając towary w niedzielę może nadrobi fakt, że i tak mocno dostaje w kość od sąsiedniego supermarketu...
Nie można spróbować rozwiązania, które przecież w zachodnich społecznościach w jakimś stopniu się sprawdza? Uporządkować sytuację na rynku pracy? Rozpocząć dyskusję o jakości spędzania wolnego czasu? Nie - u nas wszystko musi być postawione na ostrzu noża - dzień święty święcić, bezbożniku jeden! Uciekaj z tą maczetą, moherze wstrętny jeden - przez ciebie kasjerka straci pracę! Groteska.
Chłodnym, tęskniącym i marzycielskim okiem oceniający szarą, polską rzeczywistość... Czy może to tylko kwestia odległości i perspektywy? Może z bliska jest kolorowo, tylko ja, sceptycznie (cynicznie) tych barw nie dostrzegam...?
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka