Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
151 obserwujących
671 notek
1529k odsłon
  1202   3

Polska specjalnosć: marudzenie.

Wczoraj jednym z głównych tematów dnia była porażka Igi Świątek w półfinale prestiżowego turnieju wielkoszlemowego Australian Open. Z pewnym początkowo niedowierzaniem, przekształcającym się w irytację, obserwowałem narastającą falę podłego hejtu wylewającą się na naszą młodą mistrzynię ze ścisłego top światowego tenisa. Objawiły się całe dywizje "znafców" tenisa, "ekspertów" od tenisowej taktyki, doboru sztabu trenerskiego, tudzież oceny umiejętności i talentu Igi Świątek. Można było wyczytać, że Iga grać w tenisa nie umie w ogóle, były trener Piotr Sierzputowski nauczył Igę grać - cytuję - od zera, Świątek wygrała przypadkiem French Open, a jej pozycja w top 10 WTA (Women’s Tennis Association) i w ogóle udział w prestiżowych turniejach to dzieło przypadku, covida i tak naprawdę jedno wielkie nieporozumienie. Czyli " Wstyd, wstyd, wstyd grac tak w półfinale, jak kompletna amatorka, nie umieć serwować, grać jak male dziecko, żenada" ( cytat dosłowny)

Szczerze pisząc nie mam pojęcia skąd bierze się tego rodzaju vox populi. A problem jest, bo podobne fale hejtu dotykają nie tylko naszej tenisistki, ale także innych naszych sportowców indywidualnych, jak i drużyn zmagających się w dyscyplinach zespołowych. Można dojść do prostego w wniosku, że Polacy nie potrafią cieszyć się z sukcesów polskich sportowców, nie doceniają ich wagi, a przy byle niepowodzeniu dają upust niebywałej frustracji i niezadowolenia. A właściwie trochę inaczej: wpadamy w euforię przy znaczącym sukcesie, po czym bezlitośnie gnoimy wczorajszych Bohaterów, kiedy powinie im się noga i trzeba łykać gorycz porażki. Wychodzi wtedy na to, że nasze gwiazdy sportu to tak naprawdę beztalencia, wyżelowane gwiazdeczki bez honoru i ambicji, konsumenci dużych i wielkich pieniędzy, nie warci naszej uwagi i reprezentowania naszej Ojczyzny. Jednym słowem od skrajności do skrajności.


Takie postawy można tłumaczyć tym, że zdecydowana większość oceniających to tzw. kibice niedzielni, uaktywniający się przy okazji wielkich imprez sportowych. Oczywiście większość uważa się za "wybitnych specjalistów: "grałem w tenisa w AZS, w piłkę w c-klasie, wuj jest trenerem koszykówki, biegam 100 m w16 sekund i jestem mistrzem korpo w szachach błyskawicznych". Najczęściej jednak ci "eksperci" uprawiają sport w fotelu, grają w piłkę na konsoli, a ich wiedza o współczesnym sporcie opiera się na "mocnych" podstawach edukacji sportowej zaczerpniętej z ostatnich stron gazet i portalowych informacji o sporcie. Ci, co sporadycznie obejrzą "Cafe Futbol", "Stan Futbolu", " Sportową Niedzielę" czy "Sportowy Wieczór", nie pisząc już o zagranicznych magazynach sportowych,  to właściwie już "profesorstwo" - przynajmniej we własnym mniemaniu. Do tego trzeba dołożyć dogmat, że każdy Polak zna się na polityce, medycynie i sporcie.


Ale to tylko część diagnozy. Jesteśmy bowiem narodem, który częściej narzeka, niż się cieszy. Mało jest osób, które nie zgodzą się z tym, że domeną narodową Polaków jest narzekanie. Nikt na świecie nie potrafi narzekać na wszystko tak jak my. Spotkasz Polaka na ulicy, to od razu zacznie narzekać. A to że słońce grzeje, a to, że nie grzeje. Że politycy kradną, że każdy chce doczłapać się do koryta. Że autobus się spóźnił 2 minuty. Że wieje i mandarynki podrożały o 50 groszy. Bo ogóle jesteśmy narodem marud. Może nie jesteśmy pod tym względem wyjątkowi, ale marudzenie to element naszej polskiej osobowości. Tacy już chyba jesteśmy, że lubimy ponarzekać. Jakiś czas temu swoimi spostrzeżeniami na temat Polaków podzielił się ze mną znajomy Włoch. Opowiadał, że nie rozumie tego naszego marudzenia, chociaż uważa Polaków za wspaniały i gościnny naród. Przyznał, że Włosi też narzekają - np. na pogodę. Ale robią to subtelnie, z wdziękiem i poczuciem humoru. Tymczasem my narzekamy od skrajności do skrajności. Jak jest gorąco, to przeszkadza  nam upał, kiedy jest zimno to zamarzamy. Jak pada deszcz, to albo za słabo albo za mocno. Słońce świeci tak, że albo pali, albo nie czuć, że grzeje. I tak w kółko. Nigdy nie jest idealnie. Narzekanie to nasz  sport narodowy? Narzekanie na polityków: trzeba w końcu zrugać tych wszystkich darmozjadów. Biorą diety i nic nie robią w Sejmie, tylko się kłócą. Nic z tego nie wynika. Jedni nie potrafią dogadać się z drugimi, jeszcze inni ciągle węszą spisek. Do tego wszystkiego wszędzie są złodzieje. Jak się doczłapie taki do koryta, to już nie puści. A jak nie jest przy korycie, to narzeka na innych. Polska - istna kraina marudzenia.


Wróćmy do marudzenia w sporcie. Znamienny jest przykład Adama Małysza. Jego triumfy zbiegły się z momentem, kiedy polskie społeczeństwo zaczęło sobie uświadamiać, że dogonić kraje Europy Zachodniej nie będzie tak łatwo. Pojawiły się problemy ekonomiczne, uczucie przygnębienia, niedocenienia, że świat zapomniał o znaczeniu Solidarności. I nagle zwykły chłopak z Wisły swoją pracą, talentem, przez nikogo niepromowany pokazał, że można być najlepszym. Stał się wcieleniem możliwego sukcesu, który stoi przed wszystkimi. Dawał nadzieję. Zwycięski Małysz potwierdzał, że Polak potrafi. W dodatku on wtedy triumfował nad Niemcami (Martinem Schmittem i Svenem Hannawaldem). To było zbiorowe dowartościowanie. Ale już Justyna Kowalczyk, chociaż zdobyła cztery medale olimpijskie, trzy mistrzostw świata oraz dwukrotnie wygrała Puchar Świata, w społeczeństwie nie nie wzbudziła takich emocji. Podobnie jak królowa rzutu młotem Anita Włodarczyk, czy Paweł Fajdek. Na Roberta Kubicę, polską ikonę Formuły One, po wypadku w rajdzie spadła niebywała fala hejtu nie mieszcząca się w żadnej kategorii cywilizowanych kultur, chyba że kulturą jest zwyczajne zbydlęcenie - z całym szacunkiem dla bydła. Zresztą można w tym miejscu sporządzić całkiem długą listę polskich sportowców, którzy okazali się fenomenalnymi ambasadorami i ambasadorkami polskiego sportu i Polski w ogóle, ale jakoś ich sukcesy zostały sprowadzone do jednodniowych sukcesików - mało ważnych, bo zapomnianych. Dziwne. Niedawno oglądałem filmowy dokument o fenomenie piłki nożnej na Gibraltarze - kraju, którego reprezentacja zbiera niemiłosierne baty w każdym niemal meczu, ale ludzie niebywale cieszą się nie tylko ze zdobytego gola, ale także ze składnej akcji, czy udanej interwencji bramkarza. Zachowując proporcje, tak się cieszyć ewidentnie nie potrafimy.

Lubię to! Skomentuj82 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo