Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
152 obserwujących
727 notek
1597k odsłon
  2331   8

Spór "realistów" z "prometeistami"

Notkę dedykuję mojemu Przyjacielowi, z którym przyszło mi toczyć bardzo rzeczowy i merytoryczny spór właśnie w tym temacie. Tak się powinno rozmawiać i szanując Twoje, Przyjacielu, racje, krytykę i słuszne uwagi, które wziąłem sobie do serca, postanowiłem napisać ten tekst. 


Tytuł może być trochę mylący, bo jest pewnego rodzaju skrótem myślowym w próbie zdefiniowania dwóch grup społecznych, różniących się w kwestiach dotyczących wojny na Ukrainie i tematów okołowojennych. Prometeiści to ruch polityczny i intelektualny w Europie w okresie międzywojennym (1921−1939) skierowany politycznie przeciwko ZSRR, mający na celu doprowadzenie do przemian niepodległościowych wewnątrz tego państwa. Współcześnie, tu i teraz, dosyć dobrze pasuje do określenia tych, dla których Rosja jest uosobieniem metafizycznego zła w swojej pełni. Dlatego, że jest ona wszystkim, co złe: skorumpowana, zbrodnicza, komunistyczna, bolszewicka, imperialna, brudna, niekulturalna, mongolska itp. W skrócie, nie ma takiego negatywnego epitetu, który byłby dla Rosji niesprawiedliwy i nie ma żadnej ofiary, która byłaby zbyt wielka, aby przeciwstawić się Belzebubowi.


Nie ma chyba potrzeby posiłkować się w tym miejscu cytatami z bogatego słowotwórstwa "prometeistów", którzy urządzili sobie chyba zawody na to, kto mocniej, celniej i dosadniej uderzy słowem pisanym w Rosję i Rosjan z Putinem na czele. Osobiście palmę pierwszeństwa wręczyłbym określeniu "chanat moskiewski", bo chociaż to prawie klasyczny oksymoron, przyznać trzeba, że ładnie brzmi i jest chwytliwy. Ale... nie w tym rzecz, że te określenia jakoś mnie złoszczą, czy wywołują niesmak. O nie - antyrosyjskość wysysamy z mlekiem matek, bo niewiele jest chyba polskich rodzin, które nie ucierpiałyby przez "ruskich". Problem jest jedynie, kto w klasyfikacji zasłużonej nienawiści jest na pierwszym miejscu: Rosjanie, czy Niemcy. Mojego dziadka sowieci rozjechali czołgiem kilka dni po "wyzwoleniu" Poznania, drugiego dziadka najpierw Niemiec skatował, a później zastrzelił...  która z tych bestii, była lepsza/gorsza, nie wiem. Dlatego ani myślę protestować z powodu "kacapów" i "moskiewskiego chanatu", ponieważ to naturalne i lepsze od narzuconej siłą tragikomicznej "przyjaźni polsko- radzieckiej" w czasach minionych. I nie byłoby żadnego problemu, gdyby ten współczesny prometeizm żył własnym, niezakłóconym życiem - niestety, jest on związany ściśle z innym zjawiskiem: potępianie w czambuł Putina pozwala na publicznie głoszenie coraz bardziej niedorzecznych tez (w różnym stopniu natężenia, to trzeba podkreślić) o konieczności przekształcenia Polski w jakieś hybrydowe państwo polsko-ukraińskie z negacją Rosji wpisaną wręcz do konstytucji.


I w tym miejscu zaczyna się oś sporu między realistami a "prometeistami", powtarzającymi jak mantrę, że Ukraina i Ukraińcy "biją się za nas w naszej obronie". W tle oczywiście funkcjonują bajania teoretyków i ich kibiców, jakoby Ukraińcy ulegali dziejowej przemianie i otwierali się na Polskę i Polaków. Ba - można bardzo wyraźnie zobaczyć zarysy przyszłej Ukrainopolonii. 3-majowe przemówienie Andrzej Dudy było logicznym następstwem tworzonej przez ostatnie dwa miesiące atmosfery, wg której Ukrainopolonia oznacza odbudowę mocarstwowości Polski, "powrót do korzeni” i jakiś bliżej nieokreślony, ale akceptowalny, multikulturalizm, koniecznie z chrześcijańską ornamentyką. Myślenie? Zadawanie pytań o sensowność takiej polityki? Sprzeciwianie się z pozycji interesu narodowego? Rzeczy absolutnie niedopuszczalne. Jeżeli ośmielasz się stawiać tego rodzaju pytania - jesteś putinowskim trollem, agentem Kremla i ruską onucą. Won z Don. Koniec. Kropka.



Nasza historia uczy nas, że eksperyment o nazwie "wspólnota narodów” zakończył się klęską i rzezią na Polakach. Pisząc brutalnie: nie po to Ukraińcy przeprowadzili barbarzyńską czystkę etniczną na Polakach, żeby teraz realizować jakieś mrzonki o wspólnym państwie. To powinno być jasne i zrozumiałe dla każdego. Ale nie jest. Najpierw Kosiniak-Kamysz z Gowinem i Gdulą bredzą o tworzeniu Unii Polsko-Ukraińskiej, a teraz prezydent Duda wyskakuje z tekstem o "życiu razem na tej ziemi” i o "wspólnocie narodów, o jakiej mocy uczy nas nasza historia”. Jaka historia?  Czy to się komuś podoba, czy nie, ale czasy I Rzeczypospolitej minęły i już nie wrócą. Polska ma swoje interesy, a Ukraina swoje. I nie są one tożsame. Owszem, zarówno w interesie Polski jak i Ukrainy leży to, żeby Rosja była słaba i niezdolna do narzucania swojej woli krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Ale czy w polskim interesie leży silna Ukraina? A czy w interesie Ukrainy leży silna Polska? To są pytania, którymi nasza klasa polityczna w ogóle nie zaprząta sobie głowy, ponieważ jest zajęta budowaniem utopijnych wizji i skakaniem sobie do gardeł. I tak to się kręci – od amoku do amoku.

Lubię to! Skomentuj134 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka