Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
154 obserwujących
692 notki
1562k odsłony
  2271   13

Wojna i inflacja. "Marzycielom” ku rozwadze. /polemika/

Wczoraj z pewnym zażenowaniem przeczytałem notkę cenionego przeze mnie blogera @Bazyli1969, który raczył był TYM TEKSTEM,  wystosować coś w rodzaju apelu do "realistów", żeby w imię jakiegoś przyszłego dobra (świetlanej przyszłości?) pogodzili się z drożyzną, spadkiem stopy życiowej i w ogóle skutkami szalejącej inflacji. "Ufam, iż tego rodzaju  nieprzyjemność jest przejściowa i per saldo uchroni nas przed znacznie większymi nieszczęściami. Warto, aby „realiści”, krytykując obecną sytuację w naszej Ojczyźnie, mieli powyższe na uwadze" - napisał Autor. Winą "realistów" jest - wg. @Bazyli1969 - nadużywanie argumentów o nadmiernej rzekomo pomocy dla Ukrainy i Ukraińców. Poza tym na świecie i w Europie też jest inflacja, bieda była w przed wiekami, dlatego powinniśmy z uśmiechem na ustach tankować benzynę po 8 zeta i kupować chleb za piątaka.


Mając zatem "powyższe na uwadze" pozwolę sobie na nieco inny, "realistyczny" punkt widzenia, który - wiem, wiem - nie jest ogólnie mile widziany. Po pierwsze, nie znam nikogo, kto uważa, że przyczyną drożyzny czy też szerzej - inflacji - w Polsce jest pomoc dla Ukrainy. Sam też się od tego odżegnuję, bo istotnie - jest to bzdura i tania demagogia, przynajmniej w sensie per capita. Natomiast jest faktem, że Polska jest w sytuacji rodziny Kowalskich, która spłaca wysokie raty wysokiego kredytu, jest wielodzietna i na dobitkę dochody zajął komornik. Pytanie: czy Kowalskich stać w tej sytuacji na fundowanie sąsiadom wystawnej kolacji i ofiarowywania im drogich prezentów? Każdy odpowie, że to byłoby szaleństwo i skrajna nieodpowiedzialność - Kowalscy mają wręcz obowiązek liczyć każdą wydaną złotówkę i nad jej wydaniem dobrze się zastanowić.


Ale czy rzeczywiście Polska jest w sytuacji hipotetycznych Kowalskich? Popatrzmy. Co roku rząd musi przedstawiać swoje prognozy fiskalne Brukseli. Robi to przede wszystkim w Aktualizacji Planu Konwergencji i polski rząd, bodaj w kwietniu br.,  w przesłanych do Brukseli dokumentach ujawnił trudną prawdę o finansach Polski.  W telewizji Kurskiego tego nie powiedzą, ale jak dowiedział się portal" Money.pl", koszty obsługi długu w tym roku wzrosną o 70 proc. względem poziomu założonego w budżecie. To wysiłek dla finansów publicznych rzędu dodatkowych 20 mld zł. Deficyt z kolei powiększy się z prognozowanych wcześniej 2,9 proc. do 4,4 proc. To są nie tylko gorzkie - to są fatalne  prognozy.  Z kolei dobrą informacją jest fakt, że dług Polski względem PKB ma spaść do ok. 52 proc. Ale to wiadomość drugorzędna, bo nie o sam dług tu  chodzi -  najwięcej napięć widać w kosztach obsługi zadłużenia naszego kraju.


Bardzo wysokie koszty obsługi polskiego długu, które zbliżają się do 7 proc. odsetek., są poważnym problemem. Są przykłady krajów, które popadały w duże problemy budżetowe na skutek gwałtownego wzrostu odsetek, a nawet ogłosiły niewypłacalność przy niskiej relacji długu (np. Rumunia przy długu ok. 30 proc. PKB). Odsetki od obligacji w Rumunii po globalnym kryzysie finansowym z 2008 r. wzrosły do 11-12 proc. i ten poziom był jednym z czynników decydującym o ograniczeniu finansowania na rynku i zwróceniu się przez Rumunię o pomoc do MFW. Inwestorzy każą sobie płacić już 6,3 proc. odsetek, choć jeszcze roku temu było to 1,5 proc. W ciągu dwunastu miesięcy daje to wzrost o 300 proc. To pokazuje skalę problemów rządu PIS  w finansach - a ściślej -   z rynkiem długów. "Komornik" jest bezlitosny. 


Wydatki socjalne, wydatki na zbrojenia, nadchodzące wybory parlamentarne w 2023 r. i także wydatki na Ukrainę mogą prowadzić do destabilizacji makroekonomicznej naszego kraju - uważają eksperci ekonomiczni. Dlaczego? Bo wielokrotnie przedstawiciele rządu jako źródło finansowania 500 plus ( obecnie rozszerzone przez Ukraińców), 13., 14. emerytury wymieniali oszczędność w kosztach obsługi długu, a tu tylko w ciągu kilku miesięcy rzeczywistość zweryfikowała brutalnie naiwne założenia. Na domiar złego w Polsce powstaje gigantyczna spirala płacowo-cenowa - błędne koło, z którego niezwykle trudno się wydostać. Ekonomiści nie mają wątpliwości, że z takim zjawiskiem mamy obecnie do czynienia nad Wisłą. Co to oznacza? W dłuższej perspektywie same kłopoty dla naszych portfeli i jeszcze większe dla Narodowego Banku Polskiego. Wszak z jednej strony wyższe płace rekompensują nam coraz wyższą inflację, ale z drugiej generują koszty u przedsiębiorców, którzy muszą przerzucać je na ceny swoich produktów. "Putinflacja", jak nazywa wzrost cen w Polsce premier Morawiecki, jest być może chwytliwym sloganem, ale nie do końca prawdziwym. Rząd, wskazując Rosję, łatwo znalazł wroga wysokich cen. Narracja polityków to jedno, a fakty to drugie. Dane o płacach w Polsce jasno wskazują, że powodów szalejącej inflacji powinniśmy szukać przede wszystkim u nas w kraju.

Lubię to! Skomentuj95 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka