Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
152 obserwujących
727 notek
1596k odsłon
  718   4

Gazrurka

Zadziwiająco mało pisze się i mówi o zdewastowanej gazrurce na dnie Bałtyku. Zadziwiające, bo owa gazrurka całkowicie zmienia europejską geopolitykę. Można nawet powiedzieć, że ziściła się sugestia Winstona Churchilla, jakoby " Niemcy powinno się bombardować co 50 lat, profilaktycznie, bez podania przyczyn", chociaż są spory, czy brytyjski premier rzeczywiście tak powiedział. Niemców co prawda nikt nie zbombardował, ale całkowite, pozbawione możliwości wznowienia odcięcie dostaw rosyjskiego gazu, to dla Niemiec zjawisko równoznaczne z dywanowym zbombardowaniem.


Reakcja na sabotaż trzech z czterech rurociągów Nord Stream 1 i 2 w czterech lokalizacjach, skupiła się na spekulacjach, kto jest winowajcą i czy NATO podejmie poważną próbę znalezienia odpowiedzi: kto? Jednak poza tym, zamiast szumu rozległo się wielkie dyplomatyczne westchnienie ulgi, a nawet spokoju. Likwidacja tych rurociągów kładzie kres niepewności i obawom dyplomatów USA i NATO, którzy tydzień wcześniej niemal wpadli w szał, kiedy w Niemczech odbyły się duże protesty domagające się zakończenia sankcji i uruchomienia Nord Stream 2 w celu rozwiązania problemu energetycznego. A że sabotaż? Premier Szwecji, Magdalena Andersson, oficjalnie przyznała, że "był to efekt sabotażu”. Premier Danii Mette Frederiksen także przyznała, że "to nie był wypadek”. Berlin zgadza się ze Skandynawami, chociaż jest - przynajmniej oficjalnie - zadziwiająco cichy. Kto sabotażu dokonał jest właściwie drugorzędne, chociaż sentencja łacińska " is fecit, cui prodest" dosyć jednoznacznie wskazuje sprawcę. Jest w tym sabotażu bowiem bezsporne, że definitywne wyłączenie NS i NS2 oznacza ostateczne zamknięcie wszelkich możliwości zawarcia niemiecko-rosyjskiego porozumienia w sprawie dostaw gazu, z dodatkową korzyścią w postaci zdegradowania Niemiec do roli absolutnego wasala USA o niskim statusie. Takie stwierdzenie prowadzi do kluczowego pytania, który to zachodni wywiad zaplanowal sabotaż? Głównymi kandydatami są oczywiście CIA i MI6 – z np. Polską ustawioną w roli czarnego murzyna-wykonawcy i z Danią odgrywającą również bardzo podejrzaną rolę. Jest bowiem niemożliwe, że Kopenhaga nie została przynajmniej poinformowana o tej operacji. Warto w tym miejscu przypomnieć wypowiedź Bidena: "Nie będzie już Nord Stream 2. Skończymy z tym... (...) obiecuję, że damy radę"


Tak czy siak rozwalone w kupę złomu gazrurki spowodują zamknięcie niemieckich firm produkujących stal, nawozy, szkło i papier toaletowy. Firmy te albo będą musiały się wycofać z biznesu albo przenieść swoją działalność do Stanów Zjednoczonych –  co prawdopodobnie oznacza spadek, a właściwie upadek niemieckiej gospodarki. To z kolei oznacza kłopoty całej UE, a nie ma już wątpliwości, czy Europa oderwie się od celów nowej zimnej wojny Stanów Zjednoczonych, poprzez przywrócenie wzajemnego handlu i inwestycji z Rosją. Ta opcja jest teraz wykluczona, a sama Rosja ogłosiła, że ​​wraz ze spadkiem ciśnienia gazu w trzech z czterech rurociągów, napływ słonej wody nieodwracalnie koroduje rury. Czyli los gazociągu ma w głębokim poważaniu.  (Tagesspiegel, 28 września).


Tymczasem unijni giganci energetyczni tracą na sabotażu ogromne pieniądze. Wśród nich są: niemiecki Wintershall Dea AG i PEG/E.ON, holenderski N.V. Nederlandse Gasunie oraz francuski ENGIE. Następnie ci, którzy finansowali NS2: Wintershall Dea ponownie, jak również Uniper; austriacki OMV; ENGIE ponownie; oraz brytyjsko-holenderski Shell. Wintershall Dea i ENGIE są zarówno współwłaścicielami, jak i wierzycielami. Ich rozżaleni akcjonariusze będą chcieli konkretnych odpowiedzi w ramach poważnego dochodzenia. BND już takowe prowadzi, a cisza oficjeli wcale nie oznacza spokoju - ulica i social media są w stanie wrzenia - antyamerykańskiego wrzenia dla jasności.


Nie ma też już wątpliwości, że historia zatoczyła koło i mamy powtórkę z lat 1945-1955, czyli całkowite gospodarcze uzależnienie się Europy od USA. Opatrzone tym razem perwersyjnym neoliberalnym zwrotem: my jesteśmy właścicielami waszego potencjału przemysłowego, a wy nie macie nic. Scenariusz jest już właściwie rozpisany: fachowcy przewidują, że dla Europy następna dekada będzie katastrofą. Będą narzekania na ceny energii, jakie trzeba będzie zapłacić za amerykański dyktat, ale UE już nic nie może na to poradzić. Nikt (jeszcze) nie oczekuje, że ktoś wstąpi do Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Oczekuje się zatem, że standard życia na Zachodzie mocno spadnie. A Euro? Po wprowadzeniu euro w 1999 r. na poziomie 1,12 dolara, euro spadło do 0,85 dolara w lipcu 2001 r., ale odbiło się i osiągnęło 1,58 dolara w kwietniu 2008 r. Od tego czasu kurs nadal spada, a od lutego tego roku, kiedy wprowadzono sankcje, kurs euro spadł do 0,97 USD. Głównym czynnikiem były wyższe ceny importowanego gazu i ropy, a także produktów takich jak aluminium i nawozy, których produkcja wymaga dużych nakładów energii. A gdy kurs euro spada w stosunku do dolara, koszt utrzymywania długu w dolarach amerykańskich – normalny warunek dla filii amerykańskich międzynarodowych korporacji – wzrasta. Do tego własne zasady gospodarcze strefy euro ograniczają jej deficyt budżetowy do zaledwie 3% PKB. Uniemożliwia to rządom krajowym wspieranie gospodarki poprzez wydatki deficytowe. Rosnące natomiast ceny energii i żywności – oraz obsługa zadłużenia dolara – pozostawią znacznie mniej dochodów do wydania na towary i usługi.


Znany dziennikarz, Pepe Escobar zaznaczył 28 września, że ​​"Niemcy są umownie zobowiązane do zakupu co najmniej 40 mld metrów sześciennych rosyjskiego gazu rocznie do 2030 r. … Gazprom ma prawo do zapłaty nawet bez dostawy gazu. To jest zapis kontraktu długoterminowego. (...) Berlin nie dostaje tyle gazu, ile potrzebuje, ale i tak musi zapłacić." Prawna batalia zapowiada się na długo, zanim pieniądze przejdą z rąk do rąk – ale zdolność płatnicza Niemiec nadal słabnie. Zresztą zdolność płatnicza wielu krajów UE jest już w punkcie krytycznym. Wzrost kursu dolara ( który już jest faktem) spowoduje proporcjonalny wzrost cen importowych dla większości krajów. Ten problem kursowy potęgują sankcje USA i NATO, które podnoszą światowe ceny gazu, ropy i zboża. Wiele krajów w Europie i Południu osiągnęło już granicę swoich możliwości obsługi długów denominowanych w dolarach. Nie stać ich na import energii i żywności, których potrzebują do życia, jeśli muszą spłacać zagraniczne długi. Światowa gospodarka przekroczyła już limity zadłużenia, więc coś musi "pierdyknąć".


Żeby nie "pierdyknęło" Amerykanie mają plan. Polega on na tym, że MFW pożyczy tym krajom pieniądze pod warunkiem, że kraj zadłużony znajdzie walutę niezbędną do spłaty (coraz droższych) pożyczek dolarowych poprzez prywatyzację tego, co pozostało z jego domeny publicznej, dziedzictwa zasobów naturalnych i innych aktywów, głównie z korzyścią dla amerykańskich inwestorów finansowych i ich sojuszników. Czyli już nie macie nic, ale będziecie mieć jeszcze mniej. Fajny plan?


Jak widać, gazrurka zmienia całą europejską optykę. Niemców raczej nie ma co żałować, bo sobie zasłużyli, ale... skoro Niemcy będą mieć mniej niż nic, to co zostanie z Polski? I z tym pytaniem zostawiam wszystkich jeszcze myślących ludzi. Dobranoc.




Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale