z odmętów szaleństwa :-)
Kwestionowanie uczciwości wyborów to odmęty szaleństwa. /Bronisław Komorowski/
60 obserwujących
369 notek
667k odsłon
1649 odsłon

Zapalić znicz pamięci: Stanisława Rachwałowa

Wykop Skomentuj23

Bohaterowie wyklęci... upokarzani, gnębieni i maltretowani przez niemieckich oprawców i polskich zdrajców za sowieckie srebrniki. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka",  Hieronim Dekutowski "Zapora",  Danuta Siedzikówna "Inka", Feliks Selmanowicz "Zagończyk", Emil Fieldorf "Nil", rotmistrz Witold Pilecki - zamordowani podwójnie i potrójnie, bo fizycznie i mentalnie wymazywani z pamięci Narodu, którego część dała ( i daje) się zwieść haniebnej propagandzie, która ich chlubne twarze umęczonych Bohaterów, próbuje zniekształcić maskami morderców i bandytów. Jednak siła tych najlepszych cór i synów Rzeczpospolitej  jest wielka - byli, są i będą Bohaterami, a jedyne czego od nas oczekują to zapalenia znicza pamięci w dniu takim jak dziś. Dziś swój wirtualny znicz zapalam pani Stanisławie Rychwał - nieco zapomnianej "wyklętej", której historia niesłusznie zakurzona czasem jest  równie fascynująca jak  losy Rotmistrza - zresztą pani Stanisława nazywana jest "Pileckim w spódnicy".  Oto skromy rys jej postaci....


Siedziała na pryczy oparta o ścianę. Myślała o córkach. Że od tylu lat choć tęskni i kocha tak, że serce bije jak szalone - nie może ich wspierać. Te same myśli, ta sama bezradna troska towarzyszyła jej w kolejnych obozach koncentracyjnych, w aresztach śledczych gestapo, gdzie bardziej niż brutalne przesłuchanie bolał strach o córki. W tym strachu o nie była sama. Męża, polskiego oficera zabrali na początku wojny sowieci. Realia podpowiadały, że ludzie z tych wywózek nie wracają ale nadzieja uruchamiała obrazy, że on wraca, że rodzina jest znowu razem, że jest dom, ręce nie są posiniaczone, nikt nie krzyczy, że jest ciepło, stół i posiłek...


Czym karmi się taka nadzieja kiedy od lat zamieniają się tylko druty ogrodzenia na kraty w oknach a za lata bohaterskiej, niezłomnej postawy i walki dla Polski, o Polskę w podziękowaniu czeka wypisany już wyrok śmierci? Jakie zasady jeszcze obowiązują, skoro cały porządek świata został odwrócony tam w obozach koncentracyjnych ale jeszcze bardziej tu, w jej wolnej nareszcie ojczyźnie, której była wiernym żołnierzem? Jakie zasady obowiązują, gdy nie ma zasad? Jakie prawo, kiedy dzieje się bezprawie?
W celi obok, może też oparta o ścianę siedziała jej prześladowczyni, pracownik obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Niemka. Maria Mandel. Też z wyrokiem śmierci. Ona - więźniarka obozu i ta druga - jej kat. Za każdy dzień ostatnich kilkunastu lat który sprawdzał jej patriotyzm, człowieczeństwo, bezgranicze służby dla innych i za to co zrobiła Mandel, tysiącom kobiet i dzieciom w tym tych nowo narodzonych wysłanych do komór gazowych, a nawet żywcem do pieca dostały tu w powojennym więzieniu te same wyroki. A na ich wykonanie czekały w takich samych celach, jedząc to samo parszywe jedzenie w niedomytych miskach.
Wszystkim dźwięczał w uszach ten chichot losu który karę i nagrodę wymierzył identycznie.


Tak to opisuje sama pani Rachwał:


" Sąsiedztwo  Mandel  i  Brandl  było  dla  mnie  trudne. Czułam  ich niepokój za ścianą; ja mogłam liczyć na ułaskawienie, one chyba nie. Nie było już we mnie tej nienawiści i chęci zemsty. Teraz istniał wspólny los, wspólne oczekiwanie. Dni mijały, jednakowe, monotonne, a tam gdzieś za murami życie toczyło się dalej. Tylko ja i one, zamknięte w celach tuż obok siebie, stojące  przed  czymś  wielkim, przed  kresem wędrówki  ziemskiej. Tak różne w swojej osobowości, wierze, narodowości; czujące to samo czy inaczej? -  pytanie to we mnie wciąż nurtowało, a w sprzyjającej samotności rozwinęło  się  do  ogromnego  problemu:  dlaczego ja,  właśnie ja,  na  tyle milionów  ludzi,  którzy przeszli  i  ginęli  w Oświęcimiu, jestem tak blisko nich,  widzę  i czuję  ich  karę tak  bardzo  zasłużoną,  ich  rozpacz i ja jedna wiem naprawdę, jak one w tej sytuacji wyglądają.

Po południu zawołano nas do kąpieli. Na pytanie oddziałowej, czy pójdę razem z nimi, powiedziałam, że tak. Mój dawny, ostry protest w tej naszej  wspólnej  sytuacji  wydał mi się nieistotny.  Mandel  i  Brandl  szły przodem, a ja z oddziałową -  z tyłu. W łaźni one obie stanęły pod tuszami po  przeciwnej  stronie niż ja;  byłam  bliżej  drzwi  i  ubieralni.  Oddziałowa puściła tusze i odwołana  przez  kogoś, wyszła  zamykając  drzwi.  Ciepła woda  spływała  z  tuszu,  wywołując  miłe  uczucie  odprężenia,  lecz równocześnie  zaczął mnie  opanowywać  niepokój  i  lęk;  nie  spuszczałam z Niemek  wzroku  poprzez  lejącą się  wodę  i  kłęby  pary.  Sytuacja  była niesamowita: one dwie i ja, zamknięte, trzy istoty z byłego obozu śmierci. Jedna z nich — najwyższa władza -  i ja, szary proch i pył, haftling - razem na jednym poziomie, równe w obliczu śmierci, a tak różne w swej winie. Zobaczyłam nagle, że obie Niemki idą powoli w moją stronę. Mandel szła  pierwsza, Brandl za nią. Dawny  strach  ogarnął  mnie całą. Stałam przerażona i bezradna, a one wciąż szły ku mnie wśród gęstej jak mgła pary i strumieni wody z lejących się tuszy, nagie i mokre. Chwila ta wydała mi się wiekiem. — O, Boże! — szeptałam bezradnie. — Co one jeszcze chcą ode mnie? — A  była oberaufseherin Mandel z Brzezinki  stanęła w odległości dwóch kroków przede mną mokra, pokorna i z oczu jej płynęły strumienie łez. Powiedziała wolno, z wielkim trudem łapiąc oddech, ale wyraźnie: Ichbitte  um  Yerzeihung  [proszę  o  wybaczenie].  Za nią Brandl coś  mówiła, płacząc spazmatycznie. Wszystkie dawne marzenia oświęcimskie o rewanżu, biciu, zemście prysnęły  w  mgnieniu  oka,  znikły,  stały  się  nieważne. W  tej  tragiczno- śmiesznej  sytuacji  w  łaźni,  gdy  ten rozmiar winy i władzy  i  ten  strzęp ludzki,  zdruzgotany  poczuciem  strasznej  winy,  w  obliczu  śmierci  prosił o  przebaczenie  byłego haftlinga,  wtedy  uczucie  wielkiej  litości,  smutku i  przebaczenia  owładnęło  moją  duszą.  Płakałam  wraz  z  nimi  nad  tym nieodgadniętym  sercem  ludzkim,  które  poprzez  najgorsze  rzeczy,  aż poprzez  zatratę  całego  człowieczeństwa  weszło  na  drogę  pokuty i  zrozumienia.  Chwyciłam  wyciągniętą  proszącą  dłoń  i  rzekłam: Ichverzeihe  in  Haftlingsnahme  [przebaczam w imieniu więźniów]. Na to one obie rzuciły się na kolana i zaczęły całować moje ręce. W tej chwili wróciła oddziałowa  i  stanęła  zaskoczona,  ale  zrozumiała,  że  zaszło  tutaj  coś niezwykłego i nic nie powiedziała. Wracałyśmy  w  tym  samym  porządku. Oddziałowa  wpuściła  je pierwsze do celi  i w ostatniej  chwili  obie  obróciły głowę w moją stronę, uśmiechnęły  się  przy  tym  jakoś  ciepło, z  wdzięcznością, a Mandel powiedziała głośno, wyraźnie, po polsku jedno słowo: "Dziękuję". Więcej  już nie  widziałam  ich. Po  kilku  dniach  zostały  stracone i wiem, że Mandel była ostatnia. W jakiś  czas  później  zostałam  ułaskawiona  i  powoli wracałam  do życia. Dziś, z oddalenia, wiele przeżyć, wydarzeń,  pragnień i myśli zatarł czas. Tragiczne  lata  obozu  zagłady  zbladły;  w  pamięci  pozostały  rzeczy wielkie  i  piękne,  bohaterstwo,  ofiarność,  koleżeństwo  i  przyjaźnie na złą i dobrą dolę,  trwające  po  dziś  dzień,  ale  ponad wszystko  wyryte jest we wspomnieniach  z  tak  tragicznego  dla  mnie  okresu  życia  słowo: przebaczam!"

Wykop Skomentuj23
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura