22 obserwujących
149 notek
157k odsłon
  3416   0

Koniec Ameryki jaką znamy

Zdjęcie ilustracyjne. Bielik amerykański.
Zdjęcie ilustracyjne. Bielik amerykański.

Stany Zjednoczone Ameryki, jak każde państwo, zwłaszcza duże i znaczące miały w swej historii momenty lepsze i gorsze. Polityka USA też zmieniała się na przestrzeni dziejów. Jeden tylko element był wspólny: wolność słowa. Z innymi wolnościami już mogło być różnie, ale wolność słowa pozostawała i w zasadzie dotyczyła wszystkich. Oczywiście, była ograniczana: tajemnice wojskowe, ale to jest zrozumiałe. Nie ma chyba kraju, który pozwalałby na ujawnianie tajemnic państwowych. Cenzura obyczajowa - przez pewien czas funkcjonowała i przyczyniła się do tego, że sceny miłosne w filmach były bardziej subtelne i pozwalały aktorkom i aktorom na pokazanie swego kunsztu (Rita Hayworth zdejmująca rękawiczkę).

Nie było jednak cenzury politycznej. Owszem, pojawiła się od pewnego czasu "poprawność polityczna", ale jak ktoś się uparł mógł głosić swoje kontrowersyjne nawet poglądy. Narażał się na wyrzucenie z pracy lub bojkot, ale miał szansę, że zatrudni go inny pracodawca lub inni klienci bojkotować nie będą. Jeśli był politykiem i mówił coś co się komuś nie podobała ryzykował, że go później nie wybiorą, ale głosić swe poglądy mógł.

Wszystko zmieniło się wieczorem 8 stycznia 2021 r. Wtedy to Twitter na stałe zawiesił (co za nowomowa!) konto wciąż urzędującego Prezydenta USA Donalda Trumpa (https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-01-09/prezydent-usa-donald-trump-na-stale-zablokowany-na-twitterze/, https://businessinsider.com.pl/media/internet/trump-probowal-obejsc-zakaz-twittera-wpisy-natychmiast-usunieto/ze50920 ). Tak naprawdę to zmieniło się to wcześniej. Po wystąpieniu Trumpa 6 stycznia konto zablokowały zarówno Twitter, jak i Facebook, ale tylko na 1 dzień, po czym FB od razu przedłużył blokadę na co najmniej do zaprzysiężenia nowego prezydenta, natomiast Twitter konto odblokował by następnie po jednym wpisie konto zablokować na stałe. Wpis był zresztą dość pojednawczy. Prezydent Trump zapewniał, że władzę przekaże pokojowo, choć nie zmienia swego poglądu w kwestii nieprawidłowości przy wyborach oraz nie będzie obecny na inauguracji Joe Bidena. Stanowczo potępił też demonstrantów, którzy wtargnęli do Kapitolu i dokonali licznych aktów wandalizmu.  Trumpowi  natomiast zarzuca się nawoływanie do przemocy, choć nigdy nie padły słowa zachęcające do aktów przemocy lub wandalizmu. Giganci medialni wydedukowali jednak, że skoro Trump mówił o sfałszowaniu wyborów i chciał by Senat nie uznał ich wyniku to automatycznie podburzał do demolki Kapitolu. Rozumowanie dość pokrętne. To tak jakby potępiających działania policjantów, którzy doprowadzili do śmierci George'a Floyda winić za podburzanie do palenia sklepów i dewastacji pomników.

Opinia publiczna tak w USA, jak i na świecie (w tym w Polsce) jest podzielona tak w kwestii oceny prezydentury Donalda Trumpa, jego opinii na temat (nie)prawidłowości przy wyborach, a także kwestii zablokowania konta.

Nie będę rozwodzić się nad oceną prezydentury Trumpa, jako całości, bo nie mogę być obiektywna. Jako Polka muszę pozytywnie ocenić zniesienie wiz (formalnie zrobił to Kongres, ale prezydent też ma w tym udział) oraz przemówienie w Warszawie (pewnie napisał jakiś specjalista, ale dobór ekspertów to też ważne, Obamie to się w przypadku przemówienia, gdzie mówił o "polskich obozach zagłady" nie udało). Jako katoliczka cenię wycofanie się z finansowania organizacji wspierających aborcję oraz dążenie do tego by poszczególne stany mogły mieć własne regulacje w tej sprawie. Rozumiem jednak osoby, które z tych czy innych względów oceniają Trumpa negatywnie i nie o ocenie jego prezydentury jest ten wpis.

Bardziej istotna jest ocena zachowania się Trumpa już po ogłoszeniu wyniku wyborów. Trump uważał, że te wybory wygrał, a później, gdy okazało się, że jednak nie - stwierdził, że zostały sfałszowane.  Łatwo to skwitować stwierdzeniem, że Trump nie umie przegrywać, nie umie odejść z klasą itp. Przy bliższym przyjrzeniu się sprawie nie wygląda to jednak tak prosto. Faktycznie tak duża różnica pomiędzy głosami oddanymi osobiście, a korespondencyjnie zastanawia. Nie jest dowodem na oszustwo, ale powinna skłaniać do ostrożności i ewentualnego ponownego przeliczenia głosów. Zbadania wymagałby też zarzut, że nie wszyscy głosujący mieli dokumenty tożsamości, w związku z czym mogło się zdarzyć, że głosowały nawet osoby nie będące obywatelami USA. Rozumiem, że ewentualne ponowne policzenie głosów, a tym bardziej powtórzenie wyborów w dwóch stanach (tam, gdzie różnica głosów była niewielka) byłoby zabiegiem kosztownym, ale demokracja kosztuje. Jeśli Biden i Harris są przekonani o tym, że ich zwycięstwo było prawdziwe to nie powinni bać się ponownego liczenia głosów (choć powtórki wyborów to może już tak).

Lubię to! Skomentuj98 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka