weronka weronka
55
BLOG

Polska w stanie obłędu (Mątwy, AD 2010)

weronka weronka Polityka Obserwuj notkę 30

Porzucenie publicystycznej aktywności przy niezmiernie intensywnym skupianiu uwagi na dotyczących rodzimej polityki informacjach oraz medialnych i sieciowych komentarzach ma tę zaletę, że można poczuć dystans leczący z zaburzeń obiektywnego oglądu doświadczających ludzi zaangażowanych. Stojąc z boku zawsze widzi się lepiej, niż będąc w jakimkolwiek epicentrum. Widzi się i trudno opędzić się od niezbyt wesołych wniosków.

Przyglądając się wojnie, która przecież trwa od lat i na dobrą sprawę nie została przerwana nawet ostatnią tragedią trudno nie zauważyć, że cudem prawdziwym byłoby teraz znalezienie odpowiedzi na pytania, z czego się ona wzięła, o co się toczy i jak się może zakończyć. Choć akurat z tym ostatnim problem byłby najmniejszy.

Jedno, co da się o niej powiedzieć na pewno to, że jest już ona wojną wszystkich ze wszystkimi. Ze smutkiem czyta się, choćby tutaj, zacietrzewione i pozbawione choćby odrobiny dystansu wypowiedzi osób, które zawsze dotąd, przy oczywistej różnicy poglądów, były dla mnie prawdziwymi symbolami wyważonego dialogu. Smutne to, ale nie odbiegające od tego, co dzieje się wszędzie indziej, gdzie dochodzi do wymiany poglądów.

O co chodzi w tej wojnie? Na dobrą sprawę trudno teraz sensownie na to pytanie odpowiedzieć. Z konfliktem tym jest tak, jak z trwającą nieustannie od dziesiątek lat rodową wróżdą, która w pewnym momencie dzieje się krwawo i tak, mimo tego, że już nikt z żadnej strony sporu prawdziwej praprzyczyny nie potrafi sobie przypomnieć. I nie ma większego znaczenia to, że w zależności od politycznych sympatii, każdy o przyczynach i powodach sporu mógłby mówić godzinami. Jeszcze gorzej jest z celem, który przyświeca stronom. W zasadzie chyba lepiej przyjąć, że takowego po prostu nie ma. Bo chyba trudno przyjąć za cel przytaczaną w wypowiedziach wielu politycznych tuzów chęć wyplenienia tej czy inne Rzeczpospolitej. Trudno mi przyjąć, że wypowiadający publicznie słowa prezentujące takie zamiary sami traktują je poważnie. Nie są chyba na tyle głupi by nie wiedzieć, że w Polsce AD 2010 to ich „wyplenienie” oznaczałoby ni mniej, ni więcej, tylko wypełnienie dołów na przemian warstwami wapna i kilkoma milionami zwolenników akurat tej nie akceptowanej przez nich RP. Inaczej się nie da!

Tak to bowiem jest. Że najtrudniej mówić o tym, co będzie. Nie dlatego, że nie da się tego przewidzieć, ale właśnie z powodu zbyt łatwej przewidywalności zdarzeń. Ot, po prostu wojna będzie trwała nadal.

W tym, co obserwuję w ostatnim czasie dostrzegam recydywę rozbuchanego sarmatyzmu w najbardziej karykaturalnej postaci. Nie ma już na dobrą sprawę żadnych tam „nowoczesnych sił politycznych”, lecz klasyczne szlacheckie partie widoczne, a właściwie słyszane głównie dzięki brzękowi setek czy tysięcy posiadanych „szabel”. Z jednej strony jest to nazwane nie tak dawno (na wyrost czy nie) „pospolite ruszenie”, z drugiej - szeregi jakoś tak przez nieuwagę lub wstydliwie pominiętych w dywagacjach „najemników”.

Zaś kolejne elekcje to w zasadzie nic innego, jak coś na kształt rozpalających emocje konnych gonitw lub, co chyba jest paralelą najtrafniejszą, bizantyjskich wyścigów kwadryg. Nie ma w tym nic poza samą walką o wygraną. Nie ma programów, nie ma wizji. Jest tylko proste „jak nie my ich, to oni nas”. Jedni w tym widzą jedyny sens uprawiania polityki, inni jedyną, choć narzuconą w toku politycznej walki, skuteczną formę prowadzenia politycznego dialogu. Wiem, że użycie tego ostatniego słowa ktoś może uznać za kiepski żart.

Tyle, że konsekwencją tego jest, niekończąca się od lat, wojna secesyjna w której najczęściej padającym hasłem jest wytykanie różnym reprezentującym nas i często przez nas wybranym, że są „nie nasi”, „nie nas wszystkich”.

W ten właśnie sposób my, zapamiętali albo i zaprzysięgli demokraci różnych zabarwień, udowadniamy swój brak szacunku do demokracji jako formy rządów. I tylko tak brak szacunku do tych wszystkich „nie naszych” reprezentantów można odbierać. Bo przecież liczyć na to, że zdarzy się kiedyś ktoś, kto poparty zostanie przez 100% uprawnionych jest naiwnością jeszcze większa od wiary w to, że w tej wojnie kiedyś nastąpi pokój.

Ile w naszym, tak pojmowanym, przywiązaniu do demokracji tęsknoty za królem, despotą, dyktatorem, trudno powiedzieć. Tego chyba nikt nie odważy się zbadać by nie stanąć przed koniecznością komentowania wyników. I piszę to niemal pewien, że byłoby właśnie tak, kłopotliwie. Piszę to znajdując w wypowiedziach nie tylko publicystów ale i prominentnych polityków zawartą wcale nie za bardzo skrycie ochotę wzięcia przeciwnika „za mordę” „sprowadzenia go do parteru” i „wymiecenia” go.

W tak pojmowanym świecie polityki na zastanawianie się „co będzie” szkoda się w ogóle porywać. Odpowiedź jest banalna. Będzie to samo. Każda kolejna kampania będzie kolejną bratobójczą bitwą. Taką z wydrapywaniem sobie oczu, podrzynaniem gardeł. Na nasze szczęście zapewne tylko w przenośnym znaczeniu. Tyle, że to pociecha niewielka. Skutki w postaci odrębnych Rzeczpospolitych dla coraz większej liczby zacietrzewionych Polaków, mnożących się po każdej kolejnej elekcji będą rzutować na kolejnych naszych reprezentantów. Miast podejmować, przyznaję, szalenie trudne i niemal niemożliwe próby reintegracji tych kawałków pod jakimiś wartościowymi hasłami lub wokół wartościowych przedsięwzięć, będą szukać po prostu tej swojej Rzeczpospolitej i będą jej siłami toczyć kolejne wojny domowe z całą resztą Rzeczpospolitych. Wszak dziś wydaje się to najlepszą taktyką polityczną.

Czytając internetowe fora, apele „światłych Polaków”, prasową publicystykę, oglądając i słuchając telewizyjnych i radiowych „gadających głów” trudno nie przerazić się skalą tego obłędu, o którym piszę. Ona i mi, i całej reszcie moich rodaków daje gwarancję tego, że żyć nam przyjdzie nadal w ciekawych czasach. Tyle, że nie o takie nam szło, gdy ludzie tacy, jak Wałęsa, Kuroń, Kaczyńscy, Michnik, Gwiazda, Walentynowicz, Macierewicz, Olszewski, Mazowiecki, Borusewicz, Płażyński, Pieńkowska, Bujak, Frasyniuk i inni wielcy a z nimi miliony Polaków kładli na łopatki tę poprzednia, póki co ciągle jeszcze niedościgłą karykaturę demokracji. Czy może raczej o to, byśmy mieli w pełni demokratyczne prawo swobodnie się politycznie wyrzynać w kolejnych odsłonach naszej narodowej rzezi pod Mątwami?

rosemann


 

weronka
O mnie weronka

Apel Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 Cytaty: "Komuna zaś, odkąd się stała lewicą jest demode" Stary ŚWIĘTA DLA POWODZIAN

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (30)

Inne tematy w dziale Polityka