Warszawa. Miasto spotkań. Miasto obowiązków. Miasto wydarzeń. Wsiadam do samochodu i jadę - najczęściej rano, aby wieczorem zdążyć wrócić do domu. Znana trasa, choć wyjazdy nieregularne, o różnych porach roku od lat. Szybciej albo wolniej: gdy mało czasu do terminu i kiedy godzina nie jest ustalona z góry. Mijane te same miejscowości, gromadzona okazjonalnie wiedza na temat korków i objazdów. A potem najważniejsze dla mnie: mosty. Tam nic się nie zmieniło albo zmieniło się wszystko. Albo znów oglądam industrial z czasów Żelaznej Kurtyny.
Przejazd - pobyt w danym miejscu - powrót; tak to przeważnie wygląda, taki jest ogólny schemat. Kiedy przyjechałam do niej sama pierwszy raz, czułam się zagubiona w plątaninie ulic i tych wszystkich zjazdów. W pierwszym napotkanym kiosku kupiłam mapę i wytyczyłam trasę docelową; powrót był już "na wyczucie", na kompas w głowie. Nie mam większych trudności z orientacją przestrzenną, ale błądziłam wtedy ponad godzinę zanim odnalazłam drogę powrotną. Potem jeszcze kilkakrotnie z tej mapy korzystałam. Aż zaginęła, ale wtedy już wiedziałam, jak pojechać; polubiłam to błąkanie się połączone z poznawaniem nowych okolic, które zawsze kończyło się z odszukaniem Wisły.
Jadąc wzdłuż niej zwykle mijałam Zamek, Starówkę. Nie byłam tam od lat, podobnie jak w innych miejscach o wartości historycznej gromadzących turystów czy odwiedzanych przez Warszawiaków podczas popołudniowych spacerów. Przez tych spośród nich, którzy wybierają centrum na miejsce spacerów. Nie byłam, bo nie miałam na to czasu albo ... nie czułam takiej potrzeby.
To miasto jest rzeczywiście również takie, jak opisują je powszechnie mieszkańcy i przyjezdni: pełne kontrastów, czasem straszących rozwiązań architektonicznych, poplatane, bez widocznego planu. A jednak jest w nim atmosfera. Nie tak wyraźna, jak choćby w Krakowie, w którym historyczna ciagłość powoduje logikę lokalizacji miejsc. Czy jak w Poznaniu, a nawet Łodzi posiadającej jedną znaną wszystkim ulicę.
I nie polega ta atmosfera Warszawy na rozwoju, ciągłym ruchu, wibracji. Na pewno nie na nimbie stolicy kraju i wszystkim, co się z nim wiąże; nie dla mnie.
Dla mnie to miasto głęboko skrywa swoją prawdę, swoją godność; w załamaniach murów, gdzieś we fragmentach bruku i ... w mostach, po których jeździły dorożki, a potem automobile. I w tej samej Wiśle, nad którą wznoszą się mury Zamku.
Jednocześnie jego fragmenty mogłyby znaleźć się wszędzie; wychodzę na ulicę po zaparkowaniu samochodu i czuję się, jakbym niedawno wyszła z domu i znalazła się w innej dzielnicy. Tylko trzeba było trochę dłużej jechać. Postać w dłuższym korku. Ale już jest. Choćby park, trakt królewski, Pałac Prezydencki.
Taka jest prawda o niej: to jest Polska.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)