weronka weronka
277
BLOG

O śniegu - tekst zlecony bez zebrania wytycznych;)

weronka weronka Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Zdawało się, że lekkie prószenie potrwa, było jeszcze całkiem jasno. Rybak już od kilku godzin biedził się u wrębu przerębli ściętej lodem, teraz wydawało mu się, że w końcu spławik drga, że może coś się łapie. Dzień spływał, wcześniej zdarzyło sie blade slońce przebijające spoza chmur. Prognozy podawały opady.

Przerwał wyczekiwanie zostawiając wędkę na widełkach aby rozprostować ścierpniete ramiona i nogi, chodząc w kółko rozejrzał się i zaobserwował, że nagle zrobiło się dość ciemno. A może to sypiący śnieg utrudniał widoczność, przeciez nie było jeszcze późno, nawet w tym czasie. Zaczynał podwiewać wiatr zarzucając kłębami białych drobin przemieszanych z wodą. Podmuch uderzył go w twarz, zaparł dech.

W jednej chwili stało się pewne, że śniegu jest cała masa, jak nawałnica prawdziwa runął z góry przesłaniając prawie przeręblę razem z wiadrem, torbą i resztą sprzętu, i że nie widać drogi powrotu ani ściany lasu, od ktorej jeszcze kawałek musiał przejść by dotrzeć do zaparkowanego samochodu. Również i to, że jesli natychmiast nie zacznie uciekać, nikt go nie znajdzie tu, gdzie nikogo nie bylo teraz, zimową porą, choć latem jezioro roiło się od pływaków, a plaże przepełniali opalający się. Lubił to miejsce właśnie takie, jednak teraz walczył z przerażeniem przeradzającym się w panikę, bo walka była nierówna.

Szybko przesunął się zgięty w tumanach śniegu w stronę tego dobytku, który zgromadził. Odnalazł torbę, zesztywniałymi dlońmi chciał juz wybrać numer, kiedy przypomniał sobie o braku zasięgu. Wiedział, że nie zadziała również GPS, zmusił się do rozsądnego myslenia i zastanowił nad topograficznym układem rzeczy, przerębli wobec linii brzegowej. Nie widział prawie nic na odleglość kilku metrów, spróbował świecić komórką, ale dawała słaby blask. Pamiętał, ze stał przodem do przerębli, tyłem do lasu. Ale gdzie był teraz, w ciemniejącym świecie tył, a gdzie przód?

Miotał się w sypiącym huraganie bojąc się wpaść do wody, potem własnie zaczął jej szukać aby po kształcie wyrabanego otworu   wywnioskować, w którą stronę się skierować. Starał się nie myśleć, co będzie, jesli idąc we właściwym kierunku zboczy albo pójdzie po łuku. Było coraz zimniej, potykając się o mało nie stanął o krok za daleko - but już wpadał do otworu, zachwiał się, ale wytrzymał. Pochylił się gorączkowo przypominając sobie wyrąbaną przeręblę, jeden brzeg był wybitnie krzywy. Pewności nie miał, ale wydawało mu się, że skrzywienie było bocznie po jednej ze stron.

Zrozumiał jednocześnie, że pewności nie uzyska i że nie ma czasu; musi ruszać natychmiast. Było mu zimno, chciało mu się spać, połozyć. Czuł się niezwykle zmęczony, jak po przekopaniu hektara ziemi, tracił jasność mysli.

Odwrócił się i wyruszył uważnie; starając się nie slizgać, przypominając sobie wojskowy marsz. Kiedys przez krótko miał byc w kompanii honorowej. Maszerowali prosto, po linii. I on zaczął maszerować, z torbą na ramieniu zamiast karabinu, nie widząc nic, ale starając się nie zamknąć oczu, choć powieki ciązyły ku ziemi.

Wiatr wiał, wydawało mu się, że musi mu się przeciwstawiać aby nie zwiał go na środek jeziora. Starał się nie przeć za bardzo naprzeciw. Wiedział, że do lasu nie może być zbyt daleko, ale nawet licząc w myślach i zerkając na komórkę mylił się w upływie czasu. 

Aż wreszcie usłyszał syrenę. Pamiętał, ze latem wlączano ją podczas zawodów. Była przy ośrodku sportowym, spory kawałek od łowiska. Ale była pewnym punktem, ozywiła go przywołując ciąg wspomnień i skierował się w jej stronę, bo wiedział, że ktoś ją musiał włączyć, ktoś, kto moze dojechał sprawnym samochodem (nie wiedział, czy znajdzie własny). Ze wskazań zegara w telefonie wynikalo, że idzie prawie pół godziny, nie wiedział, gdzie jest.

Kiedy już miał jeszcze ściślej kierować się na jej sygnał, potknął się o jakiś drążek. Dotykając go bezładnie, wyczuł deski. Dotarł do molo. Teraz był już przynajmniej bezpieczny od utonięcia w jakiejś rozpadlinie, pod cieńszym lodem. 

Nie wiedział, z której strony jest, obawiał się wspinać. Postepował wzdluż listwy wiedząc, że prędzej, czy później doprowadzi go do brzegu. Potem zobaczył światło. Potykając się z trudem parł w jego stronę przedzierając sie przez jakies krzaki. Światlo okazalo się automatyczną lampą, ktorej ktoś zapomniał wylączyć i paliła się może od lata z wybiciem jakiejś wieczornej godziny. Zrozumial, że musi być już późno nawet na czas długich dni; najważniejsze, że wiedział, gdzie jest. Amfiteatr miał salkę na zapleczu, wdrapał się po oblodzonych schodach, ale na prożno szarpnął przerdzewialą kłódkę.

Do samochodu cały czas było jeszcze daleko, ale przynajmniej śnieg tak nie sypał pod zadaszeniem sceny.

Znajdował znajome miejsca, ale wciąż nie dawalo mu to wiele, chciał się połozyć, chciał, aby ktoś go znalazł, zabrał, podrzucil. W portfelu mial pieniądze, móglby zapłacić... aż rozesmiał się z tych mysli. Paradoksalnie śmiech dodał mu energii, wiedzial, ze musi dotrzeć sam, nie może czekać na możliwy ratunek.

Wiedział też dokladnie, gdzie stoi jego samochód, śnieg zapadał się jak piasek latem, gdyby iśc po nim w lakierkach i garniturze. Po prostu teraz bylo odwrotnie, niż gorąco.

Nie przejmował się, że niezbyt rozsądnie mysli, choć był tego świadom. Wesoło pokonywał zawieję, choć światło lampy bylo coraz slabsze. Nagle zatrzymał się raptownie, otworzył torbe, sprawdził ... klucze były.

Czyli był uratowany. W miejscu zaparkowania nie zobaczył samochodu. Odrzucił pomysl kradzieży jako nieprawdopodobny, myśl, że mylnie zaparkował też. Bardzo mocno zebrał się w sobie aby nie dać sie panice, kiedy był już przecież ocalony. A jednak samochodu nie było! Gorączkowo zastanowił się, czy nie przyjechał z kolegą, który go zostawił, bo tak ustalili. 

Przeszedł jeszcze raz po parkingu, zrozumiał, ze wcześniej szedł w stronę smażalni ryb, a budynek, jaki wziął za budkę, był składem na wiosła przykrytym zwałem śniegu. W momencie, w ktorym to do niego dotrało, pomyslał, że umrze. Bo jego mózg wykonał najwiekszy wysiłek w życiu i już nigdy nie będzie mu dany wiekszy sukces. Jednak zawrócił, znalazł go. Odrzucił śnieg. Na siłe wcisnął kluczyk, bo centralny zamek nie działał. Wsiadł, zamknął drzwi.

I wtedy poczuł dumę. Rozejrzał się po znanym wnętrzu ukochanego samochodu, przyjaciela. Przypuszczał, ze nie zapali i rzeczywiście najpiew nie chciał. Ale po chwili silnik zaskoczył. Wysiadł, odśniezył elegancko miotełką szyby. Ruszył powolutku sunąc zasnieżoną szosą. Szło ciężko, z wyciem, jednak samochód dawał radę. Dojechał do stacji bezynowej. Wszedł i nie reagując na okrzyk przerażenia pani za kasą podszedł powoli i zamówił kawę z ekspresu.

weronka
O mnie weronka

Apel Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 Cytaty: "Komuna zaś, odkąd się stała lewicą jest demode" Stary ŚWIĘTA DLA POWODZIAN

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości