Od moze dwu albo trzech dni o różnych porach, bez związku z charakterem wykonywanych czynności: kiedy zasypiam, pracuję, stoję w kolejce, nagle pamięć podsuwa mi motyw przewodni popularnej piosenki Coltrane'a. Z początku nie pamiętałam jej, potem skojarzyłam, że to to. Dawno, bardzo dawno słuchałam jej, a kiedy słuchałam, nie podobała mi się jakoś bardzo.
Jest taki jeden utwór Komedy, z którym miałam podobnie - nie wiem już, jaki był kontekst wtedy; dlaczego było tak, że pojawiał mi się dobrych kilka lat po odsłuchaniu.
Wiosna idzie, z nią nowa energia. Zanim przyjdzie, niektórzy umierają - brzmi idiotycznie, ale tak przecież jest: początek marca to czas, w którym umiera więcej ludzi, niż kiedykolwiek w roku. Jakby to banalnie nie zabrzmiało, zginął - na udar krwotoczny? - w mieście Rzymie, przebywając wśród duchownych, nieopodal licznych klinik, tak nagle i do tego stopnia w odosobnieniu, że nie udało się mu dopomóc, wyleczyć. Udar przecież rzadko bywa przyczyną nagłej śmierci.
Coś się wydarza, "wisi" w powietrzu i choć pisząc to pobrzmiewam irracjonalnością, nigdy nie zawadzi pouważać.
Rozpisuję się i chciałam to dziś zrobić, ale nie wychodzi planowo mimo to, bo chciałam napisać - dziś, po dziesięciu miesiącach od tragedii smoleńskiej - również o tym, że robię przerwę. Bo tak się złożyło, że mam znów dużo zajęć; ten stan już czas jakiś trwa i potrwa jeszcze nieco.
Ale chyba nie zrobię przerwy.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)