Oczom jej ukazał się dziedziniec otoczony przez kępy żywopłotu uformowane tak, że tworzyły rodzaj kręgu z centralnie posadowioną, wysoko obramowaną fontanną pośród kamiennego basenu pełnego fauny zaklętej w marmur dłutem zapomnianego artysty; pomiędzy kępami prześwitywało zastygłe powietrze dając pozór drożyn rozbiegających się promieniście we wszystkie strony antycznego labiryntu, w którego środku znalazła się całkiem bezwiednie, nie znając drogi, która przywiodła ją do tego miejsca. Wkrótce potem wśród kojącej zieleni, spomiędzy figur z kamienia ujrzała batalię. Potykało się dwóch rycerzy, czarny i biały. Biały zwyciężył, czarny upadł pokonany. Podobna walka rozegrała się po chwili nieco bocznie od wcześniejszej, niezbyt daleko. Efekt potyczki był taki sam, podobnie kolejnych walk licznych rycerzy - zawsze czarny i białym - przy wejsciach do tej, czy owej z alejek - odnóg labiryntu.
Rozajrzawszy się uważniej spostrzegła nieco już zmurszałych, bo grzebiących się od dość już dawna w pyle alejek czarnych rycerzy; biali tryumfatorzy stawali w pozach podpartych, to w pasie, to znów krzyżując łydki i podpierając się swobodnie stopą, hełmy zadarte, przyłbice opuszczone. Cały dziedziniec pełen był takich par, jedni leżeli - stali dumnie, drudzy padali - chowali miecze, inni znów dązyli by zetrzeć się w bitewnym zwarciu.
Samotna, nie niepokojona przez nikogo przekroczyła ocembrowanie i idąc ostrożnie postumentem dotarła do kolumny widokowej i wspięła się wolno po spiralnych schodkach podziwiając widok kolorowych ogrodów rozłożonych w kolejnych okolicach tego wielkiego parku. Jak okiem sięgnąć, czy wsród wierzb u potoku, czy wokół rabat francuskich, poruszały się, to tkwiły w bezruchu biało - czarne punkty. Także samo było poza granicami posiadłości, na bladych klepiskach i drogach.
Wtedy zrozumiała, ze obraz przez nią oglądany nie moze być prawdziwy. Usiadła wygodnie na szczycie kolumny, podparłszy rękami brodę, łamiąc ideę lotosu przedstawiła listę możliwych odpowiedzi. Wyglądała tak:
1. sen
2. obłęd
3. przedstawienie
4. odurzenie
5. manipulacja
Trzy powody tkwiłyby w niej, dwa musiały nadejść z zewnatrz. Porządne uszczypnięcie, przemnożenie w myślach czterocyfrowych liczb i dla pewności nakazanie sobie "mam się obudzić" pozwoliły jej wykluczyć ze sporym prawdopodobieństwem trafności siebie samą jako źródło dziwnych scen rozgrywających się wkoło. Dotarłszy do tego etapu zamierzała odpocząć, lecz rozejrzawszy się, skonstatowała, że z dalszym ciągiem musi się spieszyć: walczace pary przeciwników zapełniły już cały dziedziniec wznosząc się kolejnymi warstwami w obramowaniu fontanny, niektórzy walczyli na grzbietach kamiennych zwierząt zawadyjacko opierajac stopy o łby końskie - upadając na ich grzbiety; nawet na szczycie fontanny woda unosiła w górę rycerza białego w pozie słusznej i czarnego - ulokowanego horyzontalnie.
Z przerażeniem spoglądajac na spiralne schodki, juz odkryte przez amatorów szczególnej, tylko tu i teraz powtarzalnej wymiany ciosów i gestów poniewczasie pojęła, ze nie tędy droga; że aby stwierdzić, dlaczego walka ta trwa, trzeba spytać o przyczynę ich, tak już jej bliskich. Łącznie z olśnieniem albo tylko o mgnienie później dotarło do niej, że właśnie powtarzalność, automatyzm odwodziły ją od próby nawiązania dialogu; bo i czarni, i biali nie byli dla niej żywymi istotami, a raczej jakimiś monstrami, wytworami cudzej myśli, potworami bez własnego rozumu i ducha. Nie zauważyli jej dotąd, nie wiedziała, co zrobią gdy ją zobaczą; mogli okazać się groźni.
Ale tylko biali, bo to oni byli gotowi do walki po pokonaniu czarnych. Czarni już nie wstawali, ale biali od niechcenia muskali ostrza mieczy. Przeczesywali pióropusze w ich odbiciu.
Ogarnał ją jakiś bezruch, niemożność działania. Co zresztą mogłaby zrobić? Na niewielkiej wysepce wśród mrowia leżących i tryumfujących, już wcale nie widać było zieleni, ale zostało jeszcze niebo.
Mimochodem przemknęła myśl, że niezmiernie jest cicho, kiedy jakiś biały ugodził ją śmiertelnie.





Komentarze
Pokaż komentarze (2)