Oczywiście, że tak. Wkurza mnie przepaść pomiędzy deklarowaniem szacunku dla wartości, a realnym stosunkiem do nich władzy, jej samowolne zarządzanie krajem i obywatelem, tu: mną czyli osobą zachowującą dystans, który władzy nie obchodzi, z poglądami, które władza wrzuca w margines targetowy nawet nie usiłując brać pod uwagę moich oczekiwań.
Wkurza mnie wygłaszanie przecież nie z ambony, ale jakby z zamienionej w karykaturę ambony mównicy - wskazuje na to namaszczenie, poczucie nieomylności, swada - wypranych z sensu politycznych banałów w oparze luksusu, który trudno zdefiniować wizytą u manikiurzystki czy sukcesem krawieckim słuzącym jako przyodziewek. Bo manicure moze kazać zrobić sobie każdy, każdego też będzie kiedyś stać na porządny garnitur, jednak nawet połączenie tych atrybutów samo z siebie nie zapewni poważania u wiejskich gospodyń, miejskich wojewodów, pań w sklepie, artystów na scenie, dziennikarzy i dziatwy szkolnej wraz z wychowawczynią... skąd zresztą mogę wiedzieć, jak rodzi się to szczególne poczucie wyróznienia, niezwykłości własnej osoby idące w parze z objęciem funkcji publicznej, najlepiej posła.
Mało kto zdoła się takiemu poczuciu oprzeć. Z moich obserwacji wynika, że dokonał tego Marek Migalski - niezmiennie kłócący się i spierający, choć sam europarlament otwarł przed nim swe nieszczęsne podwoje (bo magii europarlamentu to juz naprawdę oprzeć się trudno niemożebnie).
Żyją sobie tacy gwiazdorzy, Czarnecki w komitywie z Siwcem, ostatnio wprawdzie zakłóconej rozbieżnością partyjną, nieobecny już Cymański, gromada "cud - niewid" europosłów z PO, w tym kolega Karolaka o trudno już dziś nawet powiedzieć, jakim nazwisku, dla którego promocji ów ostatnio uchodzący za autorytet aktor zgolił sobie czy też wydepilował na wizji owłosienie nóg (przepraszam za ten nieestetyczny wtręt)!
A co mówić o posłach "zwykłych"? Wyborcy nie docenili pani Fedak, ciekawe, że będącej ministrem pracy i spraw socjalnych właśnie. Jak również wsławionej zmianą wizerunku na koszt podatnika i ogólną troską o własny imaż.
Ale zostawmy panią Fedak. Ileż ja miałam powodów do oburzenia za ubiegłej kadencji! Aż zliczyć ciężko, choć moze najbardziej podpadli mi osobiście premier Pawlak za umowę gazową (ciekawe, ze na Ukrainie Tymoszenko skazali właśnie za niekorzystną dla kraju umowę gazową z Rosją...) i minister Grad za KGHM i podchody wokół LOTOS-u. Ale trudno zapomnieć również o stoczniach, skandalicznej hazardówce z szefem klubu i ministrem sportu, o Wałbrzychu, o prezydencie Sopotu, o dwutlenku, kiedy już nikt nie wierzy w globalne ocieplenie, bo zimniej i zimniej z roku na rok. I najgorsze moralnie: ŚLEDZTWO SMOLEŃSKIE. Coś, za co przyszłe pokolenia nie zostawią obecnej władzy nawet resztek dobrego imienia.
Bo tylko ktoś kompletnie głuchy, niezorientowany albo zbuntowany totalnie anarchista in spe nie przejąłby się oddaniem śledztwa dotyczącego śmierci najwyższych urzędników państwowych innemu krajowi i, co gorsza, trwałby przy tej decyzji widząc, jak nieprawidłowo jest prowadzone.
Mogłabym pisać dalej, bo do powiedzenia jeszcze wiele mi zostało. I napiszę, kiedy przyjdzie czas. Teraz chciałabym powiedzieć tylko jedno: w ewentualnym rankingu oburzenia nie tylko krajowi lewicowcy, ale również Hiszpanie nie mają ze mną szans, a obawiam się, ze i Francuzi odpadliby w przedbiegach!





Komentarze
Pokaż komentarze