Wyjechali razem. Mieszanina zapału, satysfakcji ze zmiany trybu życia na zabawny, poczucia, ze teraz oni będą decydować o sobie, o innych, o wszystkim. Tak wspaniale się wszystko złożyło: najpierw doceniono ich, wybrano z tłumu, potem dano "na własność" szofera i wspaniały autobus, któremu mogli sami wybierać trasę. A w nim masa gotowych transparentów, wymagających tylko oklejenia tekstem, puszek spray'u, megafony, a nawet przewoźny telebim, którego obsługiwać wprawdzie nie potrafili, ale był namiar na gościa, który mógł poinstruować przez telefon.
W ogóle telefony też, satelitarne, telewizję... pełen wypas! Zapuścili muzę, rozsiedli się wygodnie każąc kierowcy jechać przed siebie, zaczęli zwykłe gadki, jak to między nieznajomymi, ale przecież wprawionymi w akcjach: szukanie znajomych, wspominki z protestów, manif, gdzie kto był, kogo poznał. Jakoś tak wyszło automatycznie, że zrobili sobie imprezkę "na dobry początek". Jechało się nieźle, czas był, sami mieli przecież zdecydować, co dalej. Kiedy obudzili się kolejnego dnia, mało kto nie musiał rozcierać przykurczonych kończyn; w autobusie spanie nie było wygodne, a jeszcze posnęli bez przygotowania do snu po różnych nie tylko alkoholach, ale i innych specjałach, jakie znaleźli w barku ku poczatkowo zaskoczeniu, niedowierzaniu, a potem radości: kiedy okazało się, że można, nikt na nich nie krzyczy.
Było nieźle, nie pamiętali wprawdzie dokładnie, co, ale było jak trzeba. Niektórzy, co bardziej wprawieni w kontestacji zaczęli przebierać w materiałach do transparentów, ale jako, że w autokarze trochę trzęsło, próby zrobienia jednego czy drugiego dały średni efekt; litery wychodziły krzywo, cieżko cię przyklejały, nie chciały trzymać. Wreszcie dwoje najbardziej ideowych uklękło w przejściu rozkładając transparent, który obkleili w pionie siłą rzeczy składając krótkie hasło" Protest. Wolność. Tolerancja".
Reszta uznała, że moze być, ale potrzeba jeszcze z dziesięć różnych, i to był ostatni punkt, co do którego uzyskali zgodność. Bo potem okazało się, że tylko "Gej's forewer", a natychmiast potem -według drugich - że wyłącznie "Pozwól babci na eutanazję", ktoś zirytowanym głosem przekrzykiwał ostatnich domagając się modyfikacji "Pozwól babci na aborcję", a "ekolodzy" skorzystali z zamętu aby odnaleźć się nawzajem używając sobie tylko znanych sygnałów i dzięki temu podczas, kiedy reszta była w rozsypce, oni uformowali zgrabny dwuszereg, a następnie przeczesali wnętrze autobusu tropiąc elementy skórzane, a następnie spryskując je żółtą farbą. Ze wszystkich najgłośniej krzyczeli przeciwnicy CO2 - przewidywalnym tekstem: "Precz z ruchem kołowym".
Natomiast najciszaj wypowiadała się nieliczna grupka, której nie posłużył dość jednostajny, ale niepozbawiony wstrząsów sposób, w jaki autobus przemieszczał się zgodnie z losowo wytyczaną przy pomocy elektronicznego oprogramowania trasą.
Z czasem ostatnia grupa rosła w siłę i po kilku dniach, kiedy okazało się, że rzeczywiście nie jadą na jakąś wcześniej ustaloną demonstrację, czyli nie mają do wykonania zadania polegającego na utrafieniu w jej temat, więc nici z rywalizacji i zwycięstwa, nie dołączył też do nich żaden animator, a przecież jakiegoś oczekiwali.... kiedy to wszystko do nich dotarło, znikła gdzieś atmosfera zabawy i zniechęcenie zaczęło panoszyć się zarażając coraz to nowe osoby. Kierowca zmieniał się podczas krótkich uzupełniań paliwa czyli średnio dwa razy dziennie, jednak oni w tym czasie nie wysiadali, bo otwierały sie tylko drzwi szoferki.
Prowiant w lodówkach i barku wreszcie się skończył, dobijania się do szoferki nie dawały rezultatu, nawet rzucanie pustymi butelkami o szyby (wypróbowali to w przypływie desperacji) nie spowodowało otwarcia okna na świat. Wreszcie ktoś przypomniał sobie, że mieli wspólnie zdecydować, gdzie i na jaką demonstracje się wybiorą.
Nie mieli siły na kłótnie, wymyślili, ze każdy napisze na kartce co chciałby zawrzec w haśle. Okazało się wbrew obawom, przeciez uzasadnionym wcześniejszymi doświadczeniami, że cele były zbieżne.
Trzydzieści procent było za demonstracją roboczo nazwaną "Nie igrzysk, chcemy chleba", siedemdziesiąt za "wypuścić uwięzionych". Wciąż jeszcze mieli nadzieję, że wewnątrz są mikrofony i coś stanie się, kiedy Wielki Słuchacz dowie się, że spełnili polecenie . Ale nie stało się nic. Wykonali więc płachty ze stosownym napisem, zbyt zmęczeni i słabi, aby spierac się o jednomyślność, więc poświęcili miejsce dwum typom napisów proporcjonalnie: ilość pozostawała w stosunku proporcjonalnym. Następnie powstali i przytrzymując się siedzeń jęli wykrzykiwać, a kiedy i to nie wywołało żadnej reakcji, pomyśleli o telefonie do elektronika, który umie obsługiwać telebim.
Fachowiec odebrał - na pewno dzięki satelicie, bo już wczesniej, praktycznie na początku wycieczki nikt nie mógł dodzwonić się do znajomych czy rodzin - poinstruował zebranych odnośnie obsługi telebimu, a słysząc dramatyczne protesty i błagania zawiadomił ich, że idzie im świetnie. Następnie podłączył im internet.
Tam zobaczyli wycieńczonych protestantów podczas głodówki, oświadczenie, jakie podpisali. Dopiero kiedy patrzyło się z większej odległości, na bocznej ścianie autobusu litery układały się w napis.
Była też inna strona, o ekipie gotującej się do powtórzenia sukcesu ludzkości sprzed pół wieku: spaceru człowieka po księżycu. Podobno znów są duże szanse zatknięcia flagi na naturalnym ziemskim satelicie.





Komentarze
Pokaż komentarze