Nie wiemy, jak bardzo ktoś czegoś chce. Możemy znać/ przeczuwać same intencje, ale nie ich natężenie. Skąd ktokolwiek mógł wiedzieć, ze znajdą się tacy, którzy nie cofną się przed pozbawieniem życia stu osób aby zapobiec reelekcji Lecha Kaczyńskiego?! Nawet przypuszczenie, że on sam mógłby zginąć wydawało się nonsensem, choć przecież bywał w miejscach, w których narażenie życia było całkiem realne, jak choćby wtedy, gdy wraz z Saakaszwilim znaleźli się przy granicy z Osetią i usłyszeli "strzały na wiwat". Ale to wszystko, również wspólny lot prezydentów do Gruzji, było przedstawiane przez autorytety polityczne, medialne i jakie kto tam zechce w barwach groteskowych, z uzyciem takich choćby sformułowań, jak "machanie szabelką" skoro w domyśle małą, to i zabawną. Działania, które przecież dowodziły, że ich autor prowadzi konsekwentną dyplomatyczną grę nakierowaną na odzyskanie jeśli nie wpływów, to suwerenności oczom opinii publicznej tak konsekwentnie pomniejszano, że potem nie mieścił się w głowie jakikolwiek bądź powód zamachu, motyw - bo i jaki, skoro "jaki prezydent, taki zamach" zdarzało się mówić najpierw drugiej osobie w Państwie, a potem ... paradoksalnie głowie tego Państwa - Bronisławowi Komorowskiemu, który jak na ironię zastąpił Lecha na stanowisku Prezydenta RP.
Także samo nie mieści się w głowie, że powodem zamachu mogło być właśnie niedopuszczenie do odzyskania jakichkolwiek wpływów, jaka bądź zmiana układu sił ustalonych przy tak zwanej transformacji, przecież przeprowadzonej w samej Rosji wbrew puczowi Janajewa czyli przez oficerów "postępowych" wbrew "zachowawczym". Nigdy po Rewolucji przez obywateli wbrew władzy.
A Lech Kaczyński miał szanse reelekcji, te szanse rosły, dopiero zaczynała się przedwyborcza walka - w roku wyborów prezydenckich, na chwilę po ogłoszeniu nazwisk kandydatów. Tyle, ze systematycznie promowanej koncepcji politycznej przeciwstawiono "banalną" prawdę o stalej niezależnie od epoki wyższosci rozwiązań siłowych nad dyplomatycznymi w warunkach pokoju.
I tak, Lech Kaczyński miał w sobie coś z zawadiackiego wojaka. Ale jeśli pchał się pod ostrzał, to przecież niedosłownie, prezentował brawurową odwagę, jednak z zachowaniem dyplomatycznych reguł, był "w gorącej wodzie kąpanym raptusem" tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymagała. Miał prawo liczyć na ochronę jako prezydent, na całe te działania korpusu, zapewnianie bezpieczeństwa przez Służby Administracji Państwowej - skoro został przecież wybrany demokratycznie, ani przez chwilę nie pozostawał w roli prezydenta jako uzurpator! - miał prawo do tolerancji dla usposobienia, skoro tolerowany był i jest choćby Klaus za poglądy, Berlusconi za dowolność wypowiedzi.
Tam, w tupolewie nie zginął sam, zginęli wraz z nim inni, z których usunięcie co najmniej kilku byłoby wybitnie korzystne z punktu widzenia obecnej władzy. Nie twierdzę, że to ona spowodowała tragedię smoleńską, ale niewątpliwie znacznie przyczyniła się do niej prowadząc działania wręcz bojkotujące wylot i ... bezdyskusyjnie na śmierci jej ofiar skorzystała - tragedia praktycznie rozbiła największe konkurenyjne wobec niej ugrupowanie. A potem blokowała - robi tak do dziś! - wyjaśnianie jej przyczyn i przebiegu.
Oprócz nich - bezpośrednio związanych z prezydentem współpracowników, jak też bliskich w poglądach towarzyszy pielgrzymki - na pokładzie tamtego samolotu znaleźli się nieliczni politycy z innych ugrupowań i osoby odbywające ten lot z obowiązku rozumianego tak, czy inaczej. Nie chciałabym myśleć, ze ich śmierć była przypadkowa: tak, jak ofiar, które akurat przechodziły, były w pobliżu. Nie powinniśmy dopuścić, aby śmierć ich wszystkich okazała się niepotrzebna z szacunku tak dla nich samych, jak dla idei, z powodu których zginęli zabiegając o ich realizcję bardzo - porównywalnie do natężenia intencji sprawców zamachu (pośrednich i nie), nawet jeśli nie użylibyśmy metod, jakich oni nie zawahali się użyć.





Komentarze
Pokaż komentarze (2)