Raz po raz wyczytuję tu rozmaite wezwania do „wyjścia na ulice”. Tak, tak – właśnie to tutaj widziałem niejednokrotnie. Nie jest zabawny sam apel „do wyjścia” wieszany na S24, ale raczej to, co dany „poeta wyjścia” ma na myśli.
Rozpoczynając pisanie tej krótkiej notki pomyślałem, że wbijam się w buty corylusa, który zrobi (-łby?!) to lepiej i osadził rzecz całą w stosownych koleinach. Zechce, to zrobi, na razie ja.

„Wyjście na ulice” przeprowadzili radykalnie – czy ja wiem – mieszkańcy Paryża gilotynując z rozpędu tych i owych?! A może bardziej „wyszedł na ulice” 28 czerwca 1794 tzw. lud Warszawy wieszający tzw. zdrajców na latarniach? Mocno mniej radykalnie chłopaki z Cegielskiego – też przecież 28 czerwca?! Albo ci ze Szczecina w 1970?! Nieważne, istotne, że "wyszli".
W czystej zatem formie „wyjście na ulice” osadza się więc na „niezadowoleniu ludu” (popadającego ku niezadowoleniu z różnych, ale ogniskujących się w czasie i miejscu, przyczyn).
Z „wyjścia na ulicę” zawsze w Polsce leciały wióry, choć nie zawsze wiadomo było, gdzie drwa rąbano. Czasami było też odwrotnie: wyjściem na ulice (i innymi jakobińskimi i w ogóle jaskiniowymi postawami – to jakby jaki tu mało-lotny nie zrozumiał) straszono przez lata tych, którzy nigdzie wychodzić nie zamierzali.
Dla wszystkiego, co powyżej napisałem, oraz dla zachowania proporcji upraszam blogerów chcących jeszcze ewentualnie napisać coś o „wyjściu na ulice”, a myślących przy tym o plakatowaniu śmiesznych plakatów, montowaniu śmiesznych filmów, czy wykrzykiwaniu kompromitujących haseł, by się opanowali. By uznali, że zawłaszczają termin, o którym nie mają – bo przecież nie mogą mieć – pojęcia.
Z moich obserwacji wynika, że „wyjście na ulicę”:
- oparte jest na ciszy, a nie krzyku;
- kompromituje zazwyczaj historyków teorii „wyjścia na ulicę”;
- negatywnie weryfikuje zarówno apologetów jak i przeciwników „wyjścia”;
- jest odporne, w swoim prymitywnym w końcu mechanizmie, na jakąkolwiek propagandę, nie jest podatne na dialog;


Komentarze
Pokaż komentarze (17)