Wpadł do domu przed chwilą bezrobotny landlord czyli właściciel mojej chaty, co mnie nieco zdumiało, bo haracz odprowadziłem przedwczoraj. Za nim wpadła rozwrzeszczana czereda jego dzieci, za które landlord jest uprzejmy kasować od rządu Celtyckiego Tygrysa child benefit w wysokości jakieś 400 euro za łebka. Lekko licząc, ale nie moje pieniądze, więc mu nie będę wypominał.
Na dole "szuru buru" więc zszedłem z pięterka, widzę, że miota się chłopak w backgardenie, w drewutni, dzieciaki trzeszczą, on coś mruczy, siłuje się z klamotami, stare opony wyciąga, za chwilę prosi mnie o pomoc przy transporcie "na dół" sześcioszufladowej komody z paździerza + okleina i zawiasy.
W końcu załadował swojego vana klamotami, dzieciaki wtłoczył, nogą upchnął, jadą.
- 100 metrów, chodź... - zachęcił mnie jeszcze przez opuszczoną szybę. Idę. Na miejscu - co widać.
Zrzucił śmieci na stertę mebli, materaców, opon, europalet, 5-litrowych plastikowych bukłaków z zawartością niewiadomą i już trzeba było odjeżdżać, bo następne vany nadjeżdżały. Celtyckie święto palenia ognisk w noc Halloween! Przedmieścia dziś płoną, w niebo idą tłustobure dymy od rana, ale jakże tu zakazać, skoro - tradycja?! Skoro dzieci mają całodzienną frajdę, skoro halloween to ogień oczyszczający, skoro żyć trzeba, a śmieciarka droga...
Pójdę jeszcze wieczorem zobaczyć jak im idzie. Na razie sprawą zawiadują palacze dziesięcioletni, podejrzewam, że wieczorem średnia wzrośnie.
O emisji CO2 gadali w tej Brukseli?!
Heheheheheheheeeeee, a Celtycki Tajger zawija w papierki i pali gumę...



Komentarze
Pokaż komentarze (6)