W sumie go lubię, ale raz już na noże mało co, a by poszło. No, nieważne – kolega, sąsiad, Polak. Wychodzę z domu do sklepiku na rogu, on – widzę - tkwi pod maską samochodu. Jaguara ma, w miarę zresztą nowego, bo z tego tysiąclecia. - Ech te polskie bihejwiory… - mruczę sobie, podchodzę, zagajam.
Okazuje się, że „duży obieg wody” chyba jest w porządku, ale „mały obieg” (ten odpowiadający za ogrzewanie wnętrza) szwankuje i środek się nie nagrzewa tak, jak by się chciało. I gmera człowiek we flakach jaguara kluczem takim i siakim klnąc pod nosem z cicha.
- Termostat, pompa chłodzenia, zapiekło się kamieniem kotłowym, wody może do chłodnicy nalewałeś, a nie płynu… – mądrzę się swoją trabantowo-fiatowo-volkswagenowo-tojotową mądrością.
On na to, że nie, ale tutaj, widzisz odłączyłem, tu nagrzewnica, żeby szło bezpośrednio, uchhh, na dodatek kluczy nie mam…
- Się ma jaguara, to kluczy się nie ma, proste – mówię.
On z rozpędu potakuje.
– Najgorsze, że zaraz ciemno się zrobi… - popada w zadumę.
- Masz, dzwoń do mechanika, znajomy Polak. Zrobi, ale pewnie nie dzisiaj… - mówię. On zapisuje numer.
Wracam ze sklepiku, dowiaduję się, że mój „znajomy Polak” wyraził zgodę obejrzenia jaguara. Ale pojutrze.
- Na karuzelę z dziećmi jedzie. Na dwa dni! – dowiedziałem się. – Jakby kurwa jeden dzień mu nie wystarczył się pokręcić…



Komentarze
Pokaż komentarze (3)