Kiedyś przed walką prezentujący się na fotografiach bokserzy przedstawiani byli bez fatałaszków: stał sobie facet, miał galoty i koszulkę „na-naramkach”, w wykroku na ugiętych kolanach podnosił pięści w rękawicach i łypał. Był fajter, chociaż trochę chudziak i widać jedno i drugie było na pierwszy rzut oka. Potem zawodnikom do zdjęć dodano kolor w ogóle, a mistrzowskie pasy w szczególe; pasy wyglądające jak tłoczona świecidełkami patelnia. Ale to też jeszcze dało się znieść, fajne takie, nowość. Znieść do momentu przynajmniej, kiedy pasy te prezentowali jeszcze na brzuchach.
Dziś oglądam sobie takie różne współczesne zdjątka i widzę, że oni już tymi pasami nie zdobią brzuchów, ale noszą je w zwisie na ramieniu. Co mam o tym myśleć? Że pas jest niezapięty, że tylko zwisa z boksera i każdy inny bokser się może połakomić? Sam nie wiem. Myślałem nad tymi pasami widząc zdjęcie Kliczki (żebyśmy wszyscy tylko takie problemy mieli, co nie?!) i zaraz sobie przypomniałem, że przecież z lekarzami jest tak samo.
Przecież jeszcze niedawno stetoskop w filmach i na reklamach lekarze nosili na szyi „kleszczowo” by tak rzec, a dziś widzę, że noszą jak ksiądz - stułę. Dyndają sobie dwie końcówki. Wprawdzie jeszcze telewizyjnego księdza ze stułą na jednym ramieniu wracającego z konfesjonału nie widziałem, ale inwencja wytyczaczy nowych trendów jest wielka, więc się nie zdziwię. No – moda!
Salon24 ma się jakoś podobnie. Kiedyś, nie tak dawno jeszcze, siadał człowiek i jak mu się nie chciało pisać, ale jako tako miał chęć poczytać to czytał konkretne teksty i mniej więcej po lekturze wiedział, czy autor jedzie w lewo czy w prawo i czy rowerem czy na krokodylu. Autor jeden z drugim brzydził się ściemnianiem, prawdy, którą chciał przekazać nie wieszał na ramieniu w ramach rekwizytu, ale zwyczajnie nią, jako narzędziem, się posługiwał. Raz lepiej, raz gorzej. Można było jednak żywić nadzieję, że jeśli się zapytało: „no ale uważasz, że ten chleb był czerstwy?”, to otrzymało się odpowiedź, że był, albo, że nie był.
Mody jednak i obyczaje dziś są takie, że coraz częściej czytelnik pod zakręconym wpisem zadaje pytanie autorowi: „ale konkretnie to czerstwy czy nieczerstwy”, a autor odpowiada, że trzeba było uważniej czytać, albo, że nie będzie się powtarzał, albo wręcz, że niekiedy trzeba pozostawić w niedopowiedzeniu coś, co przecież jest jak najbardziej jasne dla wszystkich, tylko nie dla tego jednego jełopa. Jest zresztą cała masa klasycznych już teraz odpowiedzi mających pozostawić pytacza na wieki w ciemnym kącie jego wrodzonej głupoty czy wręcz w anatemie za tak bezczelny atak na wpis.

Ja oczywiście nie mam nic naprzeciwko dialektycznemu neokonstruktywizmowi blogerskiemu, sam niejednokrotnie przed tym ołtarzykiem zapalałem swoje ogarki, niedopowiedzenie uważam za najmocniej inspirującą przyprawę życia (przyprawę, a nie potrawę!), ale jego stężenie, w mojej opinii, w ostatnich czasach na s24 coraz częściej „robi za mięso” w garnku pełnym wody. Ogień podłożony, gulgocze zdrowo, zaglądają, mieszają, kolorek jest, w żołądku też robi się ciepło, ale po takiej strawie to człowieku ani na ring mocniejszy nie wyjdziesz ani choroby nie zdiagnozujesz.
Że co chciałem powiedzieć?! Czytaj ze zrozumieniem!



Komentarze
Pokaż komentarze (4)