Gdyby tak ktoś z Białego Domu albo z Kongresu zadzwonił do kogokolwiek z rządu (z dukającym Radkiem Sikorskim w tej liczbie) i zapytał o tzw. śledztwo smoleńskie to chłopakom zwyczajnie troki w kalesonach by się rozsupłały. Dlatego teraz panika jest na wieść o inicjatywie Kaczora, by zainteresować Wielkiego Brata skandalicznie prowadzonym śledztwem. Są takie stany, gdy człowiek drży, że telefon zadzwoni, ale wyłączyć nie może. - Ale co ja mogę... - musieliby powiedzieć zgodnie z prawdą.
- Sukinkot miał zapłacić za 12 kartonów bayarda już dwa tygodnie temu – poskarżył się wspólnik wspólnikowi w poznańskim składzie z winami. - No to zaraz gościa wyregulujemy... – odparł flegmatycznie ten drugi i sięgnął po komórkę. Ja zaś byłem świadkiem tego zdarzonka z racji niejakiego zakumplowania z jednym z nich.
- Andriej, masz chwilkę czasu? Mamy prośbę do ciebie, wpadnij na chwilkę... - rzucił w telefon ten drugi i rzeczywiście po kilkunastu minutach zaszurał żwirek przed sklepem-składem i wszedł do środka niepozorny, ale uśmiechnięty człowiek w klapkach. Przywitał się, dłoń podał, po polsku mówił bardzo dobrze, choć przecież z niepodrabialnym akcentem nabytym gdzieś w Piotrogrodzie czy innym Tomsku.
Przybysz w klapkach dowiedział się, że idzie o 12 kartonów bayarda i tylko ręką machnął na podawaną mu sumę do odzyskania.
- Mnie nie jest trzeba wiedzieć ile on wam winien, on przecież chyba wie to sam? - spytał.
- No, wiedzieć, to wie... - powiedział pierwszy wspólas. - Ale coś często zapomina...
Andriej wystukał numer.
- Dzień dobry panu – rzekł z uśmiechem i jestem pewien, że ten jego uśmiech byłoby widać po tamtej stronie kabla, gdyby gadali ze stacjonarki. Ale gadali przez komórę, więc pewności tu mieć nie mogę. - Widzi pan, nazywam się Andriej i jestem kolegą tych panów, którzy sprzedawają wino..., którzy sprzedają wino... i od których pan kupił 12 kartonów. No i na fakturze jest napisane, że pan ma sklep na Ratajach i oni mnie poprosili, żebym może wpadł do pana, bo termin minął. Może pan już utargował. Tylko ostrzegam, że pojadę taksówką więc koszty kursu w połowie pan pokryje ...
Tu gość w komórce zaczął coś mówić, a Andriej nie przestając się uśmiechać słuchał. A potem się rozłączył. Po 20 minutach żwirek zaszeleścił znowu i wszedł do sklepu subiekt tamtego człowieka z Rataj. Z kopertą. Przeprosił w imieniu pryncypała, oddał pieniądze, przystawili sobie na fakturze „zapłacono gotówką” i zniknął bezszmerowo za drzwiami. Andriej zaś schował do torby gruzińskie czy tam argentyńskie i rzucając: „Ech, panowie Polaki” poczłapał w swoją stronę.
- To kiler jakiś czy co? - zapytałem po odczłapaniu Ruskiego, ale dowiedziałem się, ze żaden kiler tylko zwyczajny Andriej. Na dodatek stypendialny jakiś artysta malarz z sąsiedztwa. - Samym akcentem on tym naszym dłużnikom ściąga gacie z dupy... - brzmiało wyjaśnienie.
Niestety, Ameryka na Rataje się nie wybierze. Więc czego ci rataje się tak boją?


Komentarze
Pokaż komentarze (65)